poniedziałek, 21 marca 2016

Skarpetki Hermiony

Ostatnio podzieliłam się z Wami swoimi przemyśleniami na temat tzw. monogamii dziewiarskiej. Dawno brakowało mi takiego projektu odskoczni, który mogłabym zabrać ze sobą na spotkania, dziergać w autobusie, albo podczas grania w planszówki. Skarpetki są idealne! Jeśli zaglądacie tu jakiś czas to na pewno kojarzycie, że od zeszłego roku wciągnęłam się w dzierganie skarpetek. Od pierwszej pary czuję się oczarowana sposobem robienia ich od dołu i nie mogę przestać. Taka robótka jest dosyć specyficzna, bo mimo swoich małych rozmiarów jest bardzo czasochłonna. Teraz nie liczę ile godzin przeznaczam na jedną parę, ale wiem, że jeśli przysiądę na dłużej to udaje mi się zrobić ją w ok. 2 tygodnie. Zdarza się, że jeśli nadgarstki mi się porządnie rozgrzeją to przyspieszę do prawie 2.5 cm na godzinę. Cóż, na pewno można by w tym czasie zrobić jednomotkową chustę, albo 1/3 swetra... ale na brak weny [który dopada mnie w sumie niemalże nieustannie] stópkogrzejki są idealne.
W dzierganiu uwielbiam też to, że ciągle można się czegoś nauczyć. Jeśli nie ściegu to nowej metody. Tym razem rzuciłam się na głęboką [dla mnie] wodę i zrobiłam całą parę na drutach pończoszniczych. A do tego jakby było mało to zaszalałam trochę bardziej i wydziergałam je teksturowym wzorem.
 
Na początku szło opornie, bo jednak liczba drutów z 2 wzrosła do 5 jednocześnie, więc miałam do czego się przyzwyczajać. Ale jak tylko wyplotłam palce w pierwszej ze skarpet to samo poleciało. I jest super!
Kolory są bardzo moje, szczególnie w obecnej fazie na róż i fiolet. Wykasowałabym jedynie ten dziwny niby brąz. Jak zdążyłam zauważyć w niemalże każdym kolorze komercyjnych motków specjalnie do skarpetek jest dla mnie za dużo o jakiś dziki odcień zupełnie nie pasujący do reszty. Oczywiście tyczy się to tych ciapkowych i samopaskujących. Przechodząc do rzeczy - włóczka Austermann Step, wełniana z dodatkiem nylonu a także... aloesem i olejem jojoba. W jaki sposób i w jakiej postaci te dodatki tam się znajdują nie mam pojęcia. Nie wiem też co mają polepszać, ale cóż. Ciekawostka. Jeśli ktoś posiada tą tajemniczą wiedzę, chętnie dowiem się czegoś więcej.
A jaki minus? Włóczka wygląda na bardzo hmm... sfatygowaną. Oczywiście dopiero po noszeniu, ale już po pierwszym dniu użytkowania zaczęła się dosyć mocno mechacić i nawet znalazłam kilka zalążków kulek. Nic fajnego. W dotyku była bardzo miękka, po praniu jeszcze bardziej, ale jednak ten minus przeważa i następnym razem będę ją raczej omijać. W końcu tworzę nie dla samego dziergania, ale także i noszenia.
Na nieszczęście mam jedynie 2 zdjęcia (podkradzione z własnego instagrama), bo jak już zdążyłam napisać włóczka zostawia trochę do życzenia, a sam udzierg przez to nie wygląda już reprezentacyjnie. Dzielę się więc fotką wipa i całej pary zdjętej prosto z drutów, na chwilę przed blokowaniem. Potem z radości posiadania kolejnej wydzierganej przez siebie rzeczy zapomniałam o fotografowaniu i śmigałam w ręcznie robionych skarpetkach.
Gdyby kogoś ciekawiło, to tym razem robiłam na drutach rozmiar większych, czyli 2.25 mm. A zużyłam niecały motek, na oko mniej więcej 2/3 kłębka. Wydajność cudowna! Ten piękny teksturowy ścieg wzięłam z obłędnie sławnych skarpetek Hermiony. Wzór na nie (darmowy! robiony od góry) znajdziecie na Ravelry pod nazwą "Hermione's everyday socks". A projektów są ich już setki. Myślę, że co najmniej jeszcze jedną taką parę wydziergam ponownie.
A co dalej na drutach? Kolejna para skarpetek - mam już więcej niż połowę.
Ps. tajemnicza robótka z podlinkowanego posta (taaaak, znoowu chusta...) już gotowa. Wreszcie! Teraz tylko jakimś cudem trzeba zrobić zdjęcia...

Tymczasem jeszcze mini ogłoszenie na wszelki wypadek: stety niestety będzie mnie teraz dużo mniej w sieci i blogowo. Czas okroił mi się nieziemsko i nie mam pojęcia kiedy będę dziergała, nie mówiąc już o robieniu zdjęć. Także gdyby coś to nie umieram (chyba... mam nadzieję) i pamiętam o was. W niektórych przypadkach im mniej czasu tym większa produktywność, bo nie traci się cennych godzin na byle co. Oby i u mnie się to sprawdziło.

wtorek, 8 marca 2016

Neptunia - szal o morzu i syrenach

Dawno, dawno temu kupiłam pewną włóczkę. Miała stać się skarpetkami i tak prawie było, aż uznałam po połowie pierwszej, że nie podobają mi się oczka. Potem przyszedł czas na test dwukolorowych rękawiczek i zabrałam się za farbowanie jednego z motków. Mimo, że grubość nitki odpowiadała wymaganej próbce to całość wydawała mi się zbyt wiotka i transparentna. W moich pudełkach z włóczkami znalazłam samotny motek dawno pofarbowanej arwetty, więc aż same prosiły się o coś naprawdę ciekawego. I tak sobie kłębki czekały, aż z nudów zaczęłam robić najprostszy trójkąt francuzem. Lubię dziergać same prawe... Poszło gładko, ale jak zawsze nastąpiła czarna dziura niemocy. Robótka odczekała swoje i przez kilkanaście tygodni pomalutku stawała się chustą. Kolory, wzory nasuwały same morskie skojarzenia. Piękne, delikatne fale, mnóstwo bąbelków i małe ogony tajemniczych syrenek błyskające gdzieś pod taflą wody... i tak prawie z morskiej piany wydziergałam bardzo kobiecy, delikatny szal.
Przedstawiam Wam Neptunię...
Trójkątną chustę z ciekawym ażurem, szczyptą pasków i pikotkowym zakończeniem. (hihi, ten krzak na zdj. wygląda jak koralowce)
  
Moja wersja jak widać powstała z trzech kolorów. Wykorzystałam łącznie ok 2.5 motka włóczki fingering - 2 kłębki Jawoll Superwash i trochę Arwetty. Do ażurowych części użyłam tych przeze mnie farbowanych. Ciekawa jestem jak też chusta będzie wyglądała tylko w jednym kolorze...  
 
Sama nie wiem co lubię w tym szalu najbardziej - ten wodno bąbelkowy ażur, małe koronkowe ogonki czy urocze pikotki. Chyba śmiało mogę powiedzieć, że raczej wszystko naraz.
Smętna pogoda i kilka spraw zajmujących głowę odebrało mi dziś chyba umiejętność pisania więcej niż te kilka zdań. Ale liczę, że wystarczą. Jeśli macie ochotę to pod tym linkiem (trzeba kliknać odnośnik do projektów) pojawiają się cudowne wersje tego wzoru, co jedna to piękniejsza. Opis dostępny jest w języku angielskim, w moim kramiku na Ravelry.
*z okazji Dnia Kobiet jest w 15% promocji do końca tygodnia! ^^

No to do następnego... bo skarpetki już skończone! ^^

wtorek, 1 marca 2016

Skarpetka na ratunek.

Co się działo jak mnie tyle nie było... Pewnego dnia szyłam sobie zamówione woreczki. Kolejnego siadłam znowu na kilka godzin do maszyny, aby je dokończyć i bach! Wieczorem odezwał się kark/szyja. Zazwyczaj coś takiego szybko przechodziło, więc liczyłam, że następnego dnia wszystko będzie lepiej. Aż jak się myliłam. W wielkim skrócie: z dnia na dzień było coraz gorzej, aż doszło do tego, że chodziłam jak Batman ze starych filmów albo jakiś robot. Mogłam się ruszać w baardzo ograniczonym zakresie, a o jakichkolwiek ruchach głową mogłam zapomnieć. I tak cały tydzień. Dziś już jest ok, dlatego przyszłam podzielić się tym co u mnie.
Ostatnio pisałam, że jestem/staram się być taką monogamistką dziewiarską. Czyli mieć na drutach tylko jedną robótkę. Przez długi czas to się sprawdza, ale skusiłam się na przystanięcie na mostku, który prowadzi do przeciwnego obozu - czyli im więcej wipów (wip- work in progress/ robótki w trakcie) tym lepiej. I jest mi z tym dobrze. :) Zdecydowanie brakowało mi czegoś co mogłabym tworzyć podczas oglądania filmu lub serialu albo przy graniu w planszówki. Czegoś co nie wymaga patrzenia do wzoru, liczenia oczek, wielkiej uwagi itd. Fajnie byłoby mieć też co zabierać na spotkania pozytywnie włóczkowo zakręconych. Zazwyczaj wtedy gadam jak obłąkana a oczy latają mi dookoła podziwiając przyniesione włóczki i robótki wychodzące spod zdolnych rąk siedzących obok dziewczyn. Co więc jest takie idealne? Proste. Małe. Bardzo kompaktowe. Skarpetki!
A jaki kolor szalony, wesoły i wróżkowo dziewczyński? Różowy!
Oto już mam czym się pochwalić, bo pierwsza skarpetka zeszła z drutów a druga jest już w połowie.
Dodatkowo postawiłam sobie wyżej poprzeczkę i skusiłam się na wyzwanie samej siebie na pojedynek. Postanowiłam nauczyć się dziergać na drutach pończoszniczych. A co tam. Wiele osób zaczyna właśnie od nich, ale ja byłam z mniejszości. Jako pierwsze w życiu wzięłam do ręki proste aluminiowe, na których zrobiłam jedną rzecz, a potem szalałam już tylko i wyłącznie na żyłkowych. Zmieniały się tylko marki, rozmiary i kolory. Nie powiem, na początku było słabo, bo ilość drutów nagle mi się podwoiła, a do tego jeszcze jeden bonusowy, którym przerabia się oczka. Tu coś klikało, tu wbijało się w rękę, albo zasłaniało na tyle, że nie dało się robić. Ale jedyna dziedzina, w której jeszcze się nie poddaje to właśnie sztrykowanie, więc dałam radę. I super!
Jestem z siebie dumna. Tym bardziej, że po kilkunastu rzędach miałam wrażenie jakbym robiła na takich od zawsze.Jedyny myk jaki stosuję to początek (kilka rządków) na magic loopie, bo jest zwyczajnie dużo wygodniej dziergać bez przekładania i cudowania przy 'Judy magic cast-on' (*metoda nabierania oczek na palce).
Na zdjęciu moja ulubiona część skarpetki - czyli kawałek łańcuszkowej pięty. Nie mogę się nigdy na to napatrzeć. Sama też jestem zdziwiona jak ta para mi pasuje. Dosłownie jak ulał. Lepiej być nie mogło i już tuptam niecierpliwie kiedy je skończę i będę mogła nosić.
A jako, że czuję, że z pończoszniczymi już sobie poradziłam i całkiem nieźle mi idzie, to czas na kolejne wyzwanie. Dwie skarpetki naraz! Nie mogę się doczekać.

ps. ogromnie dziękuję za tak duży odzew pod ostatnim postem. Wszystkie odpowiedzi były ciekawe i cieszę się ogromnie, że mogłam poznać jak to wygląda po waszej stronie. ^^

poniedziałek, 15 lutego 2016

Monogamous

Już nie raz, nie dwa udało mi się trafić w sieci na określenie "monogamous knitter". Tłumacząc z angielskiego to coś jakby monogamiczna dziewiarka [dziewiarz/dziewiarek też oczywiście]. Czyli to te szalone osoby, które opierają się dzierganiu kilku robótek jednocześnie. Zwykle na drutach mają jedną, jedyną, nad którą pracują, aż do jej ukończenia i dopiero wtedy pozwalają sobie na przygodę z kolejną. Fajna sprawa, prawda?
Od pewnego czasu też jestem taką robótkową monogamistką. Dlatego postanowiłam podzielić się z Wami plusami i minusami takiej sytuacji. Wiele razy czytałam gorzkie żale: "ah też bym tak chciała, ja mam 10 ufoków", "nie mogłam się powstrzymać, nabrałam wczoraj oczka na x nowych projektów, kiedy ja to skończę?", itd. itd. Może moje wynaturzenia kogoś zainspirują do wejścia w kręgi jednorobótkowców, lub wręcz przeciwnie - utrwalą w przekonaniu, że to jednak nie to czego szuka i lubią towarzystwo kilku/nastu wipów (wip: work in progress - rozpoczętę robótki).
Przecież każdy obóz ma swoje dobre i złe strony. ^^
Zaczynamy?
 Szybkie kończenie robótek.

Chyba najlepsze co może być, no nie? Czy to skarpetki, czapka czy sweter, na pewno skończymy ją szybciej jeśli poświęcimy czas tylko jej. Dla przykładu kiedyś próbowałam robić dwa swetry. Oba zaczęłam kochać miłością ogromną, jednak siedząc nad jednym ciągle coś kłuło mnie w głowie i słyszałam głosik "aah, jakbyś robiła tylko jeden na raz to miałabyś już pewnie połowę, a tak to co? tylko kawałeczek" albo "oooj, już za długo siedzisz nad tym pulowerkiem, weź się za kardigan, patrz jaki smutny leży". Skutkiem tego swetry przyrastały na zmianę po kilka rządków, a ja traciłam motywację nie widząc znaczącego progresu. I nie wytrzymałam... skupiłam się konkretnie na zielonym [wtedy to był Sprig] i poszłam jak burza.

Duży progres.

Nawiązując do powyższego, nie ma to jak szybkie efekty. Przynajmniej ja je uwielbiam. Wtedy widzę, że to co robię ma jakiś sens, bo robótka rośnie w oczach. A to motywuje mnie do dalszego dziergania, no bo lada chwila, kilka dni, dwa tygodnie i będę mogła nosić kolejną chustę czy sweter. Aż serce skacze kiedy widzi się, że po kilku godzinach spędzonych nad robótką mamy już jeden rękaw, a nie tylko kilka cm.

Brak rozproszeń.

Najlepiej pracuje się kiedy nic człowieka nie rozprasza. A jak tutaj skupić się nad swetrem kiedy zza ściany woła chusta lub kolejna czapka? W międzyczasie słychać też cichutkie piskanie zapomnianych dawno skarpetek...  i wtedy chciałoby się wszystko naraz. Tak to tylko ośmiornica potrafi... albo magiczne druty Pani Weasley.
To coś.

Czyli ta wielka ekscytacja nowym projektem, właśnie zakupionym, świeżo wydrukowanym wzorem, który trzeba zrobić teraz już. Druty latają jak szalone. Zazwyczaj takie cudowne emocje napędzające towarzyszyły mi tylko na początku danej robótki. Po jakimś tam czasie całe to wielkie halo mija. Rada? Trzeba dziergać jak najprędzej. Tylko jedno. Czasem nawet nie można się oderwać i w kółko krąży myśl tylko jeden rządek... i bum! Kolejna godzina z głowy i ani się obejrzysz a chusta gotowa. Pamiętaj: "Coś się kończy, coś się zaczyna."

Nowa włóczka.

Ah, jak ja lubię ten moment kiedy mogę nabrać coś nowego z motka, który dopiero co nabyłam. Mam takie dziwne odczucie, że nowe precelki czy cudowne kolory, które dopiero wpadły mi w ręce ekscytują mnie najbardziej. Potem leżą sobie w pudle miesiąc, dwa i moje ogromne uczucie zdecydowanie maleje. Drastycznie. Już nie chce się tak dziergać, przewijać, pracować. Wszak wszystko się opatrzyło, porządnie zmacało. No i zaczynam je często traktować po macoszemu. Pewnie, że wolałabym zrobić coś z tego co dopiero wyjęłam z koperty, hihi.

Wolne druty.

Oj tak! Dobra rada dla leniuchów i skąpców [czyt. ja]- miej tylko po jednej parze w danym rozmiarze.
Działa! Przynajmniej w moim przypadku. Okazało się, że to co musisz już teraz wczoraj nabrać na druty wymaga akurat 4 mm? Ups, jaka szkoda, że właśnie masz je zajęte. Uwalniaj! I to już. Zobacz, jeszcze tylko border do wydziergania i można zabierać się do super nowej robótki. I nie myśl o nawlekaniu obecnej na nitkę, to zbyt dużo czasu i nerwów. To co najmniej 2 razy dodatkowej zabawy z nabieraniem kilkuset oczek, a do tego tyle tych do naprawienia, które właśnie spadły, bo w pośpiechu przewlekało się przez 20 naraz.

Zakupowa motywacja.

Taka moja metoda na nagrody, która nawet działała przez bardzo długi czas. Nałożyłam na siebie szlaban. Nowe włóczki mogłam kupić tylko wtedy kiedy skończyłam poprzednią robótkę. Łącznie z blokowaniem, chowaniem nitek i przyszywaniem guzików. A najlepiej aby zakupy odpowiadały zużyciu zapasów. Kończysz szal? Kup sobie motek na nowy. Możesz już chodzić w dopiero co wydzierganym swetrze? Brawo! Właśnie otrzymałaś pozwolenie na kilka/naście (w zal. od metrażu i grubości oczywiście) motków pachnących nowością.
U mnie zdawało to egzamin cudownie. :) Złamałam się tylko na wielkiej promocji -20% i w pewnej wyjątkowej sytuacji, kiedy pewna włóczkowa firma znikała z naszego rynku. Ale, ale! Wtedy też kończyłam robótkę.
 
Same plusy?

O nie, zdecydowanie. Wydawać by się mogło, że takie życie robótkowego monogamisty to cud, miód i malina. Raz dwa i sweter skończony. Tydzień i chusta z głowy, a do tego nowe zakupy po każdej wydzierganej rzeczy. I tak i nie. Zależy od zapasów. W pewnym momencie miałam na stanie zaledwie kilka motków, w tym głównie takie, które były resztkami po poprzednich swetrach. Wtedy mogłam sobie zaszaleć. Ale po tych lekko większych zakupach mój szlaban nadal działa. I co z tego, że przerobiłam 9 motków na sweter, jeśli w pudełku czeka na mnie wełna na pół roku dziergania, biorąc pod uwagę moje moce przerobowe.
Druga sprawa to wielkie serce do projektu. Potrzebne jak nie wiem co i bez tego ani rusz. Czasem kolor/włóczka/wzór wychodzi już bokiem i chciałoby się coś nowego. Ale nie ma zmiłuj. Albo brak pomysłów... i zastój na tydzień bez drutów. Rozgrzebana w połowie chusta wierci dziurę w brzuchu, frustracja rośnie.

I największy mój ból...
czarna dziura po skończeniu dziergadła. Marazm totalny. Wtedy nie podoba mi się nic. Ani włóczki do mnie nie mówią, ani kolory, ani wzory. Coś chciałoby się nabrać, ale nic nie zadowala. I tak tydzień, drugi. Coś się zacznie, coś się spruje. Dzieje mi się to za każdym jednym razem. Najgorzej to dopiero jest jak kroi się spotkanie robótkowe, a druty puste...
I tutaj zaczynam się zastanawiać czy nie powinnam przystanąć na tym mostku między szalonymi obozami i rozsądnie mieć zawsze awaryjną robótkę? Takie skarpetki dajmy na to.


A Wy, po której jesteście stronie?
Jesteście "monogamous knitter" czy mieszkacie ze stadem wipów?

niedziela, 7 lutego 2016

Leprechaun - skrzacia czapka

Kiedy dziergałam plecioną chustę od początku towarzyszyło mi skojarzenie z lasem, mchem i pięknymi terenami Irlandii i Szkocji. Co prawda jeszcze tam nie byłam, ale to tym bardziej stwarzało chęć posiadania w domu kawałka takiej krainy... tylko dla siebie. Szczęście w nieszczęściu, że Mama zachwyciła się robótką w trakcie i postanowiłam podarować jej tę chustę na świąteczny prezent. Z racji dokupienia trzeciego motka miałam go na tyle dużo, aby wydziergać jeszcze czapkę. Przeszukując wiele stron nic nie zachwyciło Matuli na tyle, aby coś wybrała. Pozostało mi więc wymyślić coś własnego. Prostego, jak najbardziej skromnego, ale jednak z tym czymś chwytającym za oko i pasującego do chusty.
I tak powstała delikatna skrzatka z odpowiednią porcją plecionek i mini łańcuszkami - nazwałam ją Leprechaun (link teleportuje na stronę wzoru). Któż nie zna legendy o irlandzkich skrzatach, schowanych za rudą brodą, które czekają na końcu tęczy z garnuszkiem złota. Tak mi się kołatało z tyłu głowy w trakcie robótkowania, że tak musiało zostać i już.
No i pasuje idealnie! Do wzoru, warkocza, drugiej części kompletu i cudownie irlandzkiego koloru.
 
Z plecionkami łatwo przesadzić, postanowiłam więc umieścić ich tylko trochę, aby stanowiły jedynie dodatek. A żeby nie było im samym smutno wzbogaciłam je o łańcuszkowe towarzystwo. 
 
 Najbardziej w tej czapce uwielbiam to plecione zakończenie, które pięknie schodzi się tworząc coś na kształt karcianego pika.
I dla dowodu i zobrazowania całego kompletu prezentowego: prawda, że nieźle wyszło?
Wzór na czapkę został już spisany i przetestowany. Dostępny jest w języku angielskim, ale rozrysowane schematy pozwalają wydziergać go bez większych problemów. Mój prototyp mimo, że mnie zadowala, został w opisie jeszcze bardziej udoskonalony - wzór przy ściągaczu lepiej się układa.
Możecie wydziergać sobie taką skrzatkę w trzech rozmiarach. Ja swoją wykonałam z Malabrigo Arroyo w rozmiarze M. Najważniejsze, że Mama zadowolona i nosi moje dziergadła za każdym razem. ^^

I liczę, że tą pięknie mszystą zielenią przyciągnę już wiosnę... Ja szarugi mam dość. Potrzebuję kolorów!

Zaklinając pogodę pozdrawiam serdecznie i znikam po jakieś czary na przywołanie weny. Znowu się gdzieś przede mną ukryła.

wtorek, 26 stycznia 2016

Kitsune - lisi sweter

Kocham kolory. Najróżniejsze. Uwielbiam te wszelkie dziwne, nie do końca oczywiste, zamglone, rozmyte. Ale czasem potrzebuję czegoś mocniejszego. I do tej grupy zaliczam cudownie głębokie czerwienie, ciemne petrole i turkusy czy... lisi pomarańcz. Wszelkie jesienne żółcie i rudości, ah. Potem to wszystko przenosi się na włóczki. Zeszłej jesieni udało mi się zapolować na kolor soczystej dyni. Bardzo ładnie wpasowałam się więc z ówczesną robótką w porę roku. Następnie stało się tak, że przypomniałam sobie o swojej miłości do lisów i odtąd każde skojarzenie było w kierunku tych pięknych zwierzaków. Zaczął powstawać sweter.
Obowiązkowo musiały się pojawić warkocze, mini przeplatanki, a dla dopełnienia całości całkiem spora porcja teksturowa.
Wyszło cudownie! (uwaga sporo zdjęć- na stronie projektu jeszcze więcej...)
Przedstawiam Wam mój Kitsune pullover.
Nie chcę się chwalić, ale uwielbiam ten sweter. Ma wszystko co tak bardzo wielbię - jednolity kolor podkreślający faktury, sploty i wzory. Żywy sam w sobie, dzięki czemu robi się ciepło od samego patrzenia. Do tego sweter zaprojektowałam z odpowiednio dużym luzem, aby było jeszcze wygodniej i przytulniej, ale tak aby jednocześnie nic nie fruwało i nie podwiewało.
 
Długi ściągacz na dole, te krótsze na rękawach z bliźniaczym na dekolcie, który też jest idealny- wszak golfy czasami cisną za mocno, a na zimę najpotrzebniejsze są jak najmniejsze wycięcia.
Pełno tekstury na przodzie, ale aby nie przekombinować i utrzymać w równowadze cały projekt, pojawia się ona jeszcze tylko w kawałku na rękawach.
Prosty tył, ale z tym czymś, do pięknego kompletu z przodem.
  
 
Z włóczki mojej ulubionej w tej grubości - Peruvian od Filcolany. [ale o tym mogłabym pisać godzinami, chyba powinni mi zacząć płacić za reklamę, hihihi]
Zdjęcia w listopadzie miały być z założenia jesienne, ale zaczęło się już robić bardziej zimowo. Do tego okropnie wietrznie i ponuro. Brak odpowiedniego światła zrobił swoje i na nic rozwiany włos, skoro piksele rządzą. W końcu po kilku (nastu?) tygodniach wyszło słońce i nadszedł odpowiedni dzień. Powtórzyliśmy lisią sesję.
 
 
Jestem z mojego udziergu dumna i jest mi z tym dobrze. ;) W zasadzie to też z siebie, bo przecież to kolejny sweter, który wyszedł spod moich rąk. A łatwo nie było, szybko tym bardziej. Ale kiedy go ubieram, zapominam o wszelkich problemach przy dzierganiu. I tak ma być.
Gdybyście chcieli wydziergać podobny to zachęcam gorąco.
Wzór jest już dostępny w sklepiku na ravelry (z promocją na początek).

A pod tym guzikiem z czasem można będzie podglądać inne wersje wydziergane z tego wzoru.
 
Dziękuję moim wspaniałym testerkom, bo wszak bez nich chyba nie dałabym rady! ^^ I brawa dla wszystkich, którzy dotrwali do końca postu.

Pomału chyba będzie czas przestawiania się na cieńsze włóczki. Już nie mogę się doczekać. 

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Mięciuchna chmura

W zeszłym roku udało mi się być na dziewiarskim spotkaniu we Wrocławiu. Chyba miałam szczęście, bo jedna z będących tam dziewiarek (nawet moja imienniczka) tworzyła próbkę z czegoś niezmiernie puchatego. Ogromnie zaciekawiona odważyłam się zagadać i w dodatku ośmieliłam się zbadać powstającą dzianinę pod kątem gryzienia i miziastości - takie potocznie zwane "macanie". Ku mojemu zdziwieniu włóczka okazała się bajecznie mięciutka i absolutnie niegryząca! Ależ wielka i niepohamowana była to radość. A potem rosła tylko w siłę kiedy wyszło na jaw, że to nitka ze stajni Dropsa, jakże przyjazna dla portfela. 
 
Od tamtej pory nie mogłam zapomnieć o tej małej chmurce i zapragnęłam mieć ją koniecznie dla siebie. Nie ważne co będę z tego dziergać, ale no inaczej nie przeżyję. I tak sobie trwałam w tym małym postanowieniu, aż jakiś czas potem pojawiła się Alpaca party, która już całkowicie wyniosła mnie na orbitę. Wszak wszystkie alpakowe włóczki Dropsa, w tym bohaterkę tego posta (Brushed Alpaca Silk) można było kupić za 25% mniej. I jak miałam się oprzeć? 
Z uśmiechem szaleńca, jawiącym się chyba dosłownie od ucha do ucha kliknęłam swoje motki wrzucając też do koszyka dropsowego Lace. Padło na pastele w kolorze błękitno-seledynowym. Mocno zgaszone, rozbielone. Aczkolwiek producent opisuje je jako szaro-zielony. Ale jak dostałam je w swoje ręce to nie mogłam przestać ich dotykać i oglądać. Cudownie bajeczna miękkość i puchatość. Do tego jedwabny połysk, nadający nitce jeszcze tego czegoś. Obydwie wspomniane włóczki to połączenie alpaki z jedwabiem. Bajka!
Jak przyszedł pomysł i decyzja co do rozmiaru drutów to nabrałam szybko nowe oczka i tak sobie pomalutku dziergam. Po przeglądaniu sporej ilości projektów z danej włóczki obawiałam się, że robótka z samego puchu może wyglądać zbyt niechlujnie, jak jakaś szmacianka. Dla wzmocnienia całego udziergu tworzę więc z dwóch nitek razem, czyli łączę Brushed z Lace i wychodzi pięknie. Rządek tu, rządek tam. Jeszcze duuużo oczek przede mną, bo z szaleństwa tworzę na 4 mm drutach. Do tego uznałam, że mam ochotę na coś oversize, więc chyba podwoiłam tym sobie robotę. Nie wiem kiedy skończę i jak to będzie koniec końców wyglądało, ale już wiem, że uwielbiam to wdzianko.
A jeśli zda egzamin w użytkowaniu i praniu... to w kolejce najzwyklejszy z możliwych pulover oversize. Tym razem z pojedynczej nitki, na dużych drutach. Może w kolorze różowym? Sweter słodki jak wata cukrowa... ah.

A Wy lubicie takie puchate włóczki?
Może macie jakieś swoje ulubione chmurki w kłębku?