Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 kwietnia 2015

Papierowy księżyc...

"Papierowy księżyc z nieba spadł..."- a w zasadzie to włóczkowy. I nie do końca spadł, tylko tworzy się dzięki moim rączkom. :)
A tak dokładniej mówiąc, to dziergam sobie... chustę. Tak, wiem, miał być sweterek. Ale moja niechęć do przewijania motków dała o sobie znać i dałam radę tylko połowie jednego. Wszystkich ma być sztuk trzy. Pomysł nadal nie do końca się wykluł, siedzi w mojej głowie i nie ma póki co zamiaru z niej wychodzić. Chwyciłam więc za już przewiniętą kuleczkę (oh jak dobrze, że mam takiego miłośnika plątania) i wprowadzam w życie plan drutowania z dawno kupionych wzorów. Rączki świerzbiły ogromnie po wczorajszym zdjęciu kolorowego trójkąta z żyłki, a przyszły weekendowy wyjazd do Dziadków miał swój udział w wyborze. Nie chcąc targać ze sobą kłębuszków, które trzeba co chwilę przekładać i mieszać, zaczęłam 'szybką' robótkę.

Niestety nadgarstki coś ostatnio dają o sobie znać (mimo, że naprawdę nie dziergam długo), więc przydadzą się też przerwy, np. na książkę. Jeśli dobrze pójdzie to może "Ostatni dobry człowiek" przeczyta się w międzyczasie. W chwili obecnej czuję się wciągnięta dosyć mocno w fabułę i o dziwo w ciągu dnia przypominają mi się jakieś sceny/odczucia. Thrillery uwielbiam, filozofię wręcz przeciwnie- ale mimo wszystko widniejący na okładce napis "thriller filozoficzny" przegrał z tajemniczymi znakami na plecach ginących kolejno ludzi.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Cienko i długo

Dzierga się chusta. Prosta i bezmyślna. W fazie odpoczynku przed ażurami i czymś wymagającym, dłubię sobie asymetryczny trójkąt w babskich, wiosennych kolorach. Po grubych, wełnianych włóczkach taka cienizna dłuży mi się niemiłosiernie. A ja sobie myślałam, że takie same prawe to będzie robótka najwyżej na kilka dni. A tutaj proszę... jak nic pracuję nad tym od świąt. Rączki świerzbią na myśl o sweterkach, ale póki co pomysły nie są tak klarowne jakbym chciała, więc dojrzewają sobie powoli. Niespiesznie więc przerabiam sobie małe oczka testując nową dla mnie włóczkę- Holst Coast.
*fotkę podkradłam z własnego instagrama- stąd ta mgła.

Za dużo z drutami nie dam rady siedzieć dzień w dzień, a i nie zawsze nachodzi na to ochota. Wtedy np. podczytuję kilka stron książki- "Ostatni dobry człowiek". Póki co mogę powiedzieć, że jestem wciągnięta. Aczkolwiek nie na tyle aby zarywać nad nią noce.

I tak rządek po rządku [dziś się zasiedziałam na całe 6h nieprzerwanego sztrykowania- tak to jest jak się robi kilkudniowe przerwy] dobijam już niemalże do końca, ale nawet boję się liczyć ile oczek zostanie mi do zamknięcia... z pikotkami. A dalej... kilometry wiosenno cienkich nitek.

A u Was co na drutach?
Pracujecie już nad lżejszymi wdziankami?

piątek, 10 kwietnia 2015

Holst i Chłopaki od Anansiego

Od wczoraj na niebie prawie ani jednej chmurki. Z samego rana słychać zza okna ptasie radio. (A zaraz potem koszmarne odgłosy wielkich, mechanicznych potworów - budowa tuż za płotem, z każdej strony. Grrr!)  Wiosna to moja ulubiona pora roku i mimo śniegu i gradu w miniony weekend ja dziergałam sobie swoją. Faza 'dziewczyńskiego' koloru czyli różu ominęła mnie skutecznie jako mini człowieka. Trwała sobie długo, aż do tego roku. Jak zobaczyłam kolor Opera włóczki od J.Asselin to przepadłam. Planowałam chustę z jednego motka, a teraz po głowie chodzą mi swetry... Potem zaczęłam się rumienić do pastelowego różu Shy od DiC (Ah ta Aurora od Pikotka). W międzyczasie kupiło mnie metalowe pudełko cukierków w kolorze 'neon pink/magenta', w którym obecnie trzymam markery itp. A potem nabyłam kalendarz w naprawdę babskim odcieniu. 
Do loopa pojechałam po siwy i grafitowy, a jako, że te kolory wychodzą jako pierwsze to na mnie już nie poczekały. Za to zamiast tego ja też wyszłam... z różowym. Kolor oczywiście nieco inny niż w rzeczywistości, ah te moje 'umiejętności' fotograficzne, haha. (gdyby kogoś ciekawiło- to kolor Redcurrant)
I tak sobie pomału knituję od świątecznego weekendu w takim właśnie bardzo dziewczyńskim kolorze. Z tęsknoty do chust próbuję coś wydumać, czego jeszcze nie miałam, a z niechęci do lewych oczek działam tylko na ściegu francuskim. Ale jakie to mięciuchne, jak poduszeczka! ;)

Akurat w tym roku coś mi nie po drodze z czytaniem. Dwie książki doczytałam do połowy, trzeciej nawet nie otworzyłam przez dwa miesiące. Widocznie musiałam trafić na coś naprawdę ciekawego. Pan Gaiman spisał się wyśmienicie i dzięki niemu mogę dopisać sobie na listę przeczytanych "Chłopaków Anansiego". Jakoś nie przepadam za fantasy we współczesnych realiach, ale twórca "Koraliny" to już co innego. Teraz inaczej patrzę na pająki [Ah, Spider...] i guziki. Polecam i już.

czwartek, 5 lutego 2015

Suszki i dylematy

W małym i szybkim poście daję Wam znak dziewiarskiego życia. Na chwilę obecną jestem ponownie w momencie pt. 'brak czegokolwiek na drutach'. Ale za to mam dwie suszki- czyli robótki w trakcie schnięcia. :)


Ukończony sweter z Riosa, który wyglądał kilka dni temu o tak.
I czapka czekająca na pompony.
Teraz sobie dumam co i z czego robić. Chyba najbliżej mi teraz do grubego ogoniastego z jakimś dodatkiem. A zajmuje mi to znacznie więcej czasu niż myślałam, do tego stopnia, że jak byłam już prawie gotowa nabyć włóczki [szare peruvianki], to nagle sklepowa półka opustoszała. Akurat w tych dwóch kolorach jakie rozważałam.  Czuję się bardziej niezdecydowana niż stereotypowa kobieta. To za cienkie [holst], to nie w tym kolorze, to za mocno gryzie i ma włoski [lima] a tamto za drogie [malabrigo]. Weź człowieku się tutaj zdecyduj...

Może z racji braku robótki skuszę się na czytanie? Wszak "Pani Bovary" leży u mnie już chyba drugi tydzień i nijak nie chce się sama skończyć. A zaraz po niej gościć będę słowiańskie heroic fantasy.

środa, 7 stycznia 2015

Słuchanie i dzierganie

Ah, gdyby posty pisały się same. W zasadzie mogłyby się same zaczynać, potem mogę już pisać. Dokładnie tak jak z bransoletkami z koralików. Nie znoszę tej bezkształtnej, poplątanej maliny. Ale się nie dam (chyba) i zasiąde do tego 5 raz. Wczoraj z braku laku, a dokładniej pustki na drutach chwyciłam za toho i szydełko. Oczywiście żeby nie było za łatwo to działałam na czarnej nitce, siedząc na łóżku (czyli brak dobrego światła) i jednocześnie bawiąc się z psem. No i tak sobie robiłam dobre kilka godzin, zaczynając od nowa dokładnie 4 razy. Cóż, no muszę i już. W końcu mam koraliki nawleczone na conajmniej dwie bransoletki, ale motywacji brak. Powiedziałam sobie, że wypadałoby wreszcie dorobić zapięcia w starych, a skoro nie muszę bawić się w nawlekanie, to aż głupio, że sznurki leżą zapomniane. Jakaś odskocznia od drutów też się przydaje.
Chociaż muszę przyznać, że póki co raczej przymusowa przerwa w dzierganiu- brak pomysłu. No ok, dobrego pomysłu. Mam taki jeden albo i dwa, ale w zasadzie im dłużej go obmyślam, tym mniej mi się podoba. Skutkiem tego jestem rozdarta między dzierganiem z cudownego riosa, co mogłoby się skończyć tworzeniem byle czego, a cierpliwym czekaniem, szukaniem inspiracji, planowaniem itd.
Z frontu dziewiarskiego informuję, że obecnie posiadam już drugą z trzech części kompletu zimowego i to tą, która zajmuje najwięcej czasu i włóczki. Ale przyznam się, że podoba mi się niezmiernie i to chyba wyszła o dziwo lepiej niż sobie wyobrażałam (no może poza kilkoma chochlikami). Czeka mnie teraz wielkie blokowanie- czyli jak znaleźć miejsce na całkiem spory udzierg wymagający 'chamskiego' rozciągnięcia no i czy wystarczy mi szpilek.
Tymczasem gdyby nadal nie pojawił się super pomysł na sweter mogę dokończyć zimowy komplet. A co tam. :) Tylko nie wiem jak przeboleję czapkę nie skarpetkę- został mi tylko 1 motek peruvianka...
foto przed blokowaniem (wybaczcie psiakową sierść :p - u mnie wszystko jest psem albo/i kotem)
Nawiązując do pewnej tradycji, pojawiającej się u mnie niestety za rzadko, ale za to u Maknety równo co tydzień- czas na książki. Skoro było już o drutach teraz słówko o czytadłach, a dokładniej mówiąc o słuchaniu. Bo tym razem skusiłam się na krótkiego audiobooka tak na próbę - w głośnikach "Zabójstwo Rogera Ackroyda" A. Christie. Nie idę zupełnie w ciemno, bo autorkę znam i uwielbiam, więc czemu ktoś nie ma mi poczytać? A ja sobie będę dziergać, albo koralikować.

środa, 17 grudnia 2014

Średniowieczny rycerz

Środa, środa, każdej chwili szkoda, lalala. :) 
Ale niestety w tych chwilach uskuteczniam głównie dzierganie, szperanie, siedzenie na ravie itd. Książka- "Opactwo Northanger" leży zostawiona sama sobie i może w końcu kiedyś się przeczyta. Może Makneta się nie obrazi, że ze mnie ostatnio taki czytelniczy leń.

Mam powód do radości, bo udało naprawić się tamtą wredną żyłkę. Jak się okazało wystarczyła szpilka, scyzoryk i kropelka. No i trochę manualnych zdolności oczywiście. Nie wiem ile jeszcze życia jej zostało, ale dziś nadal pracowała całkiem przyzwoicie. I dzięki temu mogłam skończyć pierwszą rękawiczkę. Szczerze mówiąc kiedy zaczynałam, nie byłam do końca przekonana. Podczas pracy zapał słabł z każdym rządkiem, więc dla wzmocnienia morali przymierzałam co chwilkę. Dopiero jak dobrnęłam do końca, gdzie chyba z 4 razy próbowałam ładnie odejmować oczka i dorobiłam kciuk, mogę powiedzieć, że jestem z siebie prawie dumna. Duża zasługa oczywiście we włóczce, która pięknie podkreśla wszelkie teksturowe i warkoczowe sploty, a do tego ten boski, królewski kolor. Ah!
Czeka mnie jeszcze druga do pary, dłuugi szalik do omotania na conajmniej 2/3 razy i czapka, obowiązkowo z pomponem tym razem. Oby starczyło mi motywacji, bo pewnie lada dzień ta jesienna i całkiem angielska pogoda (+8 stopni na termometrze, szaro, buro, mokro i mgliście) ustąpi miejsca prawdziwej, mroźnej zimie. Brr...

Tymczasem mogę pokazać to co skończyłam na niedzielnym spotkaniu- kominiarkę. Czyli pozycja nr 2 z 'życzeniowej listy' udziegów. W tym 2 na 3 z przeznaczeniem na zimowe bieganie. Robótka łatwa, szybka i całkiem przyjemna- jeśli wziąć pod uwagę, że nie trzeba się przy niej koncentrować, więc można gadać, a tym samym jednym okiem rzucać na ściany z boskimi, kolorowymi motkami, a drugim na robótki wszystkich zebranych dookoła. Zdjęć na ludziu brak- bo szczerze mówiąc to zupełnie nie twarzowy strój. Wygląda się w tym niczym w burce, albo co ciekawsze i śmieszniejsze (dla patrzącego) jak średniowieczny rycerz. Nie wiem, może to przez ten kolor? Dlatego dla dowodu i dokumentacji kolejnej rzeczy, która zeszła z moich drutów pokazuję oblicze tego czegoś.

wzór: na podstawie Balaclava
włóczka: Filcolana Peruvian Highland Wool; k.954
druty: 4,5 mm

Zużyłam równe dwa motki Peruvianka i podebrałam trochę podwójnie złożonej Arwetty z zapasów z odzysku po felernym swetrze. Kominiarka może nie była bardzo ambitnym ani wyjściowym projektem, ale cieszę się, że udało mi się zrobić coś czego jeszcze nie miałam okazji spróbować.

środa, 3 grudnia 2014

Chorowanie na ekranie

Wredne, grypowe chorowanie zabrało mi wszelkie siły. Z dnia na dzień pojawiały się nowe dolegliwości, a jeśli coś szczęśliwie odchodziło to miało swoje godne zastępstwo. I tak od dwóch tygodni... Pierwszy był całkowicie wyrwany z życia. Brak energii i sił na cokolwiek. Na szczęście zaczyna już przechodzić, więc od poniedziałku mogłam włączyć już druty i czytanie. W międzyczasie zachorował i mój laptop, który wymagał niemalże natychmiastowego formatowania. Pewno ze starości, ale mam nadzieję, że po tym porządnym odkurzaniu posłuży mi jeszcze trochę.

Dziewiarsko jestem prawie na finiszu czerwonego swetra, no brakuje mu już tylko rękawa i guzików. ^^ I będę miała kolejny w swojej kolekcji. Przynajmniej na liście stworzonych przeze mnie, bo właściciel będzie płci piękniejszej- czyli męskiej.

A książkowo wreszcie [!] skończyłam "Rany kamieni" Simona Becketta. Zachwycać się nie będę, bo z trudem dobrnęłam do końca. Nie wiem czy to przez moje rozwlekłe czytanie (naście stron na raz od czasu do czasu) czy ta pozycja taka jest sama w sobie, ale się wynudziłam. Przyznaję, że część zwyczajnie przekartkowałam. Na początku zaczynało się całkiem fajnie, nawet ciekawie, ale im dalej tym nudniej. Aż do zakończenia, które mnie nie zaskoczyło, a w dużej mierze było przewidywalne. 
Wczoraj zaczęłam coś zupełnie innego- czyli "Opactwo Northanger" Jane Austen. Trzeba w końcu zabrać się za klasykę. :)
Do tego udało mi się dziś skończyć rękawiczki zwyklaki. Najprostsze, te 'jednopalczaste'- 'takie do biegania, żeby nie było zimno'. Miałam nakaz, żeby wydziergać je z tego co mam, z jakichś starych motków i nawet jeśli byłyby różowe. Bo przecież w nocy jest ciemno i nikt nie widzi w czym kto biega. Aż tak to nie ze mną, a i różu u mnie całkowity brak. Są więc siwe i o dziwo nie akrylowe, mimo, że ta sztuczna potwora stanowi ponad 90% moich starych motków, schowanych gdzieś na sam koniec szafki. Zima już zadomowiła się na dobre, a mróz siedzi tu codziennie, łapki były potrzebne na wczoraj. Odpuściłam więc sobie wszelkie wzorki, tekstury itd. Zaraz obcinam nitki i siup do prania. :)

Tymczasem ciągle dumam nad wzorem kompletu zimowego, bo wszystko mam od czapy, a porządnych rękawiczek i komina prawie totalny brak. Mam teraz trudną decyzję czy piękne karminowe motki przerobić na zimowe akcesoria czy jednak tak jak pierwotnie- na kolejny sweter.
Hmm...

czwartek, 13 listopada 2014

Dzierga się i czyta

Naginając czasoprzestrzeń [kolejny raz] udajmy, że dziś nadal jest środa. Dzięki temu jest teraz chwila na pokazanie kolejnego odcinka akcji z Maknetą.
O dziwo u mnie cichutko i krótko, bo jak siądę do książki to na chwilkę. Zwykle wolne przeznaczam na druty, za każdym razem. :) I tak zamiast czytać "Jane Eyre" to dziergam. Po skończeniu Bamboszków Sowiej Wróżki pogrążyłam się ponownie w pracy nad czerwonym swetrem. Przybywa sobie powoli, ale póki co nigdzie mi się nie spieszy. Do świąt zdążę. Inaczej sprawa ma się z tajemniczym udziergiem, który tyle czekał na zapięcie- i czeka nadal. Ilekroć nie siadłam do ręcznego wszywania suwaka musiałam zaczynać od nowa. A to krzywo po jednej stronie, a to po drugiej, nagle kawałek dobrze, a potem hop i zbyt blisko ząbków. Póki co dałam sobie spokój, bo moja frustracja rosła z każdym kolejnym podejściem. Zamiast tego zrobiłam swój pierwszy ocieplacz na kubek, który dziś poleciał hen hen daleko i pochwalę się nim jak obdarowana da znać, że doszło. Oczywiście według własnego pomysłu, całkowicie improwizowanego, nawet bez obliczeń, próbek itd. Przy okazji nauczyłam się i-cordowych sznurków, które już bardzo polubiłam. Stąd plany nabycia skrpetkowych drutków, bo ileż można przesuwać 3 oczka na żyłce.

Przy okazji wczorajszego spotkania z Caitlin w MagicLoopie nabyłam kolejne motki i dziś mam skończone specyficzne 'łapki'. Dziś w południe udało mi się ustrzelić im zdjęcie, gdzie widać ten dziwny nieokreślony kolor, taki nieoczywisty. W zależności od światła bardziej szary lub brązowy. Jak ja lubię takie szybciutkie robótki. ^^


A przechodząc do książkowej części posta informuję iż w najbliższej przyszłości zabieram się za "Rany Kamieni" Simona Becketta. Mały odpoczynek od 'spokojnej' obyczajówki. Bo cóż to za emocje kiedy nikt nie ginie? hihihi...

edit: Czytanie "Jane Eyre" skończone, co śpieszę donieść. Dla fanów klasyki i dawnych powieści polecam. Ja lubię ją za ten lekko mroczny, szary i zamglony, wiktoriański klimat. (przymykam jednak oko na wielką miłość do człowieka lekko ponad 20 lat starszego, którego zna się kilka tygodni...)


Czytaliście którąś z tych książek?
Co o nich sądzicie?

środa, 5 listopada 2014

Książkowa środa

Zaczynając od początku [haha] donoszę iż nadal dziergam. Blogowa cisza spowodowana jakąś niechęcią do aparatu i brakiem światła, czyli nadchodzącą zimą. Skoro pogoda robi się iście 'północna' winnam mieć już sporo mocno grzewczych dodatków. A tu ni widu ni słychu poza tamtymi trzema czapkami- ostatnia do sfocenia. Skandal! Zważając na moje super skrajne odczuwanie zimna chyba czeka mnie dzierganie z 'super extra chunky bulky' włóczki i to pewnie w dwie nitki naraz XD chyba zacznę poszukiwania czegoś totalnie wielkiego i grubego, więc nie zdziwię się jeśli wyjdzie mi coś rodem iście z wybiegu high fashion. To w kwestii dodatków, bo sweter się w głowie robi, a nawet dwa, ale im dłużej siedzę z tą wizją to tym bardziej wydaje mi się banalna, nudna itd. W robocie aktualnie swetrzysko na szóstkach, które rośnie sobie naprawdę powoli, bo wbrew pozorom im grubsze druty, tym ciężej mi się z nimi pracuje. Dodatkowo zważając na inne pilne sprawy na już, jak np. wykańczanie zapięcia poprzedniego udziergu, albo tworzenie domowych bamboszków.


Książkowo stoję w miejscu. Tak sobie dawkowałam "Jane Eyre" ze strachu przed zbyt szybkim skończeniem, że nie ruszyłam jej przez kilka dni. Ze skrajności w skrajność. A w kolejce czekają już kolejne dwie pozycje i ściga mnie pomału biblioteczny termin. Aj!

Chyba powinnam mniej spać, a jeszcze więcej dziergać, szczególnie, że zaczęły śnić mi się niewidzialne duchy albo wielkie muchomory.


W jakimś tam przyszłym czasie planuję oswoić się z aparatem, a w zasadzie 'zaadoptować' jakiegoś nowego. Szczególnie, że gwiazdka tuż tuż. ;) Póki co działam na siostrzanym sprzęcie, ale nijak dogadać się z nim nie mogę. W związku z tym byłabym wdzięczna za rady odnośnie czego szukać itp. Zależy mi przede wszystkim aby móc fajnie złapać ostrość- ręcznie (?), rozmazać tło, nie przekłamać [aż tak] kolorów i fajnie by było gdybym nie musiała robić wszystkiego jedynie na dworze lub prosto na parapecie. Próbowałam cudować z tym co mam, ale ni w rzyć ni w oko. Sukcesem jest ostre zdjęcie 1 na 10...
ah no i wiadomo, im taniej tym lepiej :p żaden pro ze mnie nie jest a fotograf tym bardziej, więc aparat będzie mi służył pewno jedynie na blogowe potrzeby.

Pomożecie? ;)

środa, 29 października 2014

Zmiana klimatu

Wraz z ciepłą pogodą chyba odchodzi moja dobra passa dziewiarska. Z tego wszystkiego mam obecnie na drutach jedno wielkie nic. Próbowałam przełamać próbkami. Potem wzięłam się za sweter, który jednak potrzebuje innej włóczki. Siadłam nawet do tej wymagającej koncentracji chusty, ale i ta mnie pokonała, kiedy po 1,5 h roboty zniknęły mi 2 oczka, których nie mogłam się nigdzie dopatrzyć. Błędu nie udało mi się zlokalizować i naprawić, a sensu robienia dalej z nim nie było, więc sprułam do zera. Ponownie.
Dla odegnania tego koszmarku zrobiłam resztkową czapkę, częściowo w paski. Zwykła, gładka i już. Do pokazania pewnie w okolicach weekendu, bo zważając na przestawioną godzinę, ciemność rozpoczyna się zbyt szybko.

Rozpaczać i rozwodzić się nad tym wszystkim jakoś nie mam [tym razem XD] zamiaru, więc umilam go sobie książką. Próbowałam zajrzeć do [serialu] Downton Abbey, ale niestety chyba mi nie dane nic obejrzeć. A mówią, że w sieci jest wszystko...

Było to tak, że skończyłam poprzednią książkę i jawił się przede mną weekend bez powieści. Byłam do tego na głodzie, szczególnie iż sobie zaplanowałam czytanie czegoś innego niż kryminały i thrillery. Zmuszona więc tą straszną okolicznością, sięgnęłam naprawdę z ostatku i przymusu po takie dziwne coś- siostrzany tablet. Nie uśmiechało mi się czytać na komputerze, bo co to za wieczorne czytanie gdziekolwiek poza łóżkiem przy grzejniku. Do tego format musiałbyć jak najbliżej zbliżony do 'podręcznego'. Głód książkowy wygrał więc ze wstrętem do nowoczesnych, zbyt zbędnych urządzeń. Na całe szczęście "Jane Eyre" Ch. Bronte sprawiła, że nawet chwilami udawało mi się zapomnieć z czego czytam. 


Nie ukrywam jednak, że to nie dla mnie. Świeci po oczach jak reflektor, ciąży w dłoniach za mocno i nic a nic nie ma tej przyjemności z dotykania i wąchania [haha :p ] kartek. Nie ma tego cichego szelestu przewracanych coraz szybciej stron. Osobiście przjemność z tego żadna [prócz samych słów] i skutkiem moje czytanie na czymś takim jest co najmniej o połowę wolniejsze. Ale już cicho siedzę, bo dorwałam w bibliotece normalną, tradycyjną wersję. Ah! Do tego zaspojlerowałam sobie całkiem świadomie mini serialem od BBC- szczęściem powstrzymałam się zaraz przed ostatnim odcinkiem i nie dokończę oglądać póki nie doczytam. W nagrodę będę mogła obejrzeć sobie jeszcze film! Albo nawet dwa- bo są co najmniej dwie ekranizacje. :)

Wracacjąc do poprzedniej książki będzie krótko i treściwie, czyli czy polecam "Niewinnego" H.Cobena. I tak i nie. Powieść sama w sobie całkiem dobra, wciągająca, nie nudząca. Ale jeśli ktoś chce zacząć przygodę z tym autorem [i się nie zrazić lub się zarazić] albo ma do wyboru inne jego powieści to już radziłabym co innego, np. "Jedyną szansę". Do tej pory to moje jedyne dwa spotkania z tym panem, ale w tym starciu zdecydowanie 'żywsza' i zaskakująca była ta poprzednia historia.


A Wy wolicie elektroniczne nowości,
czy zostajecie przy tradycyjnych wydaniach?

środa, 22 października 2014

"Kleo i ja" i "Niewinny"

Podczas kilku ostatnich dni, jakoś od czasu skończenia lawendowej czapki,  a potem końcówki swetra, czyli od 17 października nie miałam nic na drutach! Dacie wiarę? Prawie jak odwyk dziewiarski. W planach 3 rzeczy do rozpoczęcia, ale żadna z nich nie jest robótką hop siup. Zaczynając od ażurowej chusty, której wzór jest mocno wymagający- więc pilnowanie każdego oczka to podstawa. Potem sweter mój, który dopiero w głowie powstaje, bo póki co przeplatają się na niego różne pomysły, ale konkretnie jasnej całości nadal jeszcze brak. Aż po kolejny sweter, w którym jestem zakochana od dawien dawna, ale jak udało mi się nabyć włóczkę, to próbka różni się o 4 oczka od tej zalecanej we wzorze. Byłam tego jak najbardziej świadoma, ale boski czerwony kolor, miękkość i cena przekonały mnie, aby ponownie zaufać Peruvianowi od Filcolany. Tym razem z przeznaczniem na coś znacznie większego kalibru niż czapki. Czekało mnie więc przeliczanie wzoru. Ile się nie nagłówkowałam, nie napytałam itd. itd. to ja wiem. Myślałam też o robótce 'bezmyślnej' czyli takiej przy której można coś oglądać albo grać w karcianki, ale jakoś nie umiem sobie teraz wciskać takich zapychaczy jeśli nie są wcześniej ustawione w kolejce 'koniecznie do dziergania'.
Dziś się przemogłam i zaczęłam ten obliczeniowy sweter. :) Przyjemność ogromna, bo jestem pod wrażeniem tego mięciuśkiego ściągacza.
Pewnie czekają mnie jeszcze dalsze przeróbki odnośnie tego wzoru, ale nie dam się! ^^

A dzięki akcji Maknety książkowo też trochę do przodu, a przynajmniej bez obsuwy. W zeszłym tygodniu skończyłam "Kleo i ja" i jestem niezmiernie z tego zadowolona... bo już dłużej nie mogłam. 


Wybaczcie, ale naprawdę ta książka mnie męczyła, mimo, że jestem ogromną kociarą. Głównej bohaterki- kotki Kleo- o której miała być ta historia, było według mnie rzeczywiście tyle 'co kot napłakał'. I tak więcej niż w jakiejkolwiek innej do tej pory przeze mnie czytanej, ale jak na powieść "O kotce, która uratowała rodzinę" było zdecydowanie za mało. Mam wrażenie, że jedynie pojawiała się gdzieś w tle. Wydawało mi się, że miejscami było sporo naciągania, a w dodatkową irytację wpędzały mnie skoki czasowe: tratata cośtam... "a pięć lat później..."... "dziesięc lat później". Czytam a tu nagle okazuje się, że ni stąd ni z owąd akcja nagle toczy się dobre kilka lat do przodu. W zasadzie czułam się znudzona i nic mnie tam nie zaskoczyło, ani nie wciągnęło. Gdyby nie to, że siedziałam dobre kilka godzin w poczekalni u lekarza to pewnie bym jej nie skończyła. Czuję się zawiedziona tą książką.


Ale liczę, że odbiję sobie z Cobenem. ^^ Tym razem będzie to "Niewinny", który jest póki co mocno wciągający i nawet przestały mi przeszkadzać te przeskoki - rozdział taki bohater, w innym kolejny- bo oba wątki są równie interesujące.

Trzymajcie się ciepło- u mnie już idą przymrozki. 
Aż zastanawiam się nad wydzierganiem komina...

środa, 15 października 2014

Zapowiedź finiszu i kot. :)

Podobno mamy już dawno jesień. Nie da się zaprzeczyć patrząc na morze złotych i rdzawych liści tworzących puchate dywany pod nogami. Temperatura o dziwo wyjątkowo wysoka jak na taki miesiąc. Ja się cieszę. Ale mimo to od miesiąca szykuję zimowe dziergadła. Jak stworzyłam pierwszy sweter, poszłam za ciosem i miałam ich w kolejce coraz więcej. Teraz prawie finiszuję już z trzecim z kolei, a dwa kolejne czekają póki co w postaci motków. Oprócz rozwijającego się u mnie chustomaniactwa, o którym wspominałam nie raz, teraz dołączą do manii swetry. Nie mogę zapomnieć też o... czapkach! Robótki przyjemne, bo błyskawiczne. Ot co. Ostatnio udało mi się popełnić jedną taką w 1 dzień. :) Zużycie materiału nie nadwyręża zbytnio portfela [przy włóczkach od Filcolany] a po skończeniu takiego tworu morale rosną jak grzybki po deszczu. Uwielbiam takie przerywniki. O ile sztrykowanie wielkiej rzeczy jest fascynujące, o tyle efekt nie jest tak szybki jakby się chciało. Kiedyś dziergałam tylko łapki, czapki, szaliki. Potem chusty, które uchodziły wtedy za już sporo większe i wymagające. Kiedy przyszedł czas na swetry zrozumiałam co to znaczy dziergać jedną rzecz tygodniami. Ciągle to samo... dzień za dniem. Dlatego dobrze czasem odpocząć od wielkoformatowców. :)

Na dziś końcówka trzeciego, dorosłego swetra w tle. Z najkochańszym Kocurrrem na pierwszym planie.


Tradycyjnie środowo Maknetowo mam pokazać tu książkę i aktualną robótkę, co następuje.
Czytanie u mnie się wlecze. Nadal więc zamieszkuje u mnie "Kleo i ja", która pojawiła się w poprzednim poście. Póki co jestem prawie w połowie, więc na mini recenzję przyjdzie jeszcze czas. Coś mi nie po drodze, a to film, a to druty, a to spotkanie czy wyjazd do dalszej rodzinki. Do tego po zębowych bólach trwających od półtora tygodnia czeka mnie chirurg szczękowy... a mówią, że ósemki to zęby mądrości. Czemu więc rosną tak idiotycznie?
Robótkowo jak widać, również to co ostanio, ale za to już mocno posunięte w pracy. :) Jeszcze dzień/ dwa, wykończeniówka i kąpiel! Ha! I znowu zdjęcia...
Na dniach powinno udać mi się obfocić czapkę. No może bardziej zaprezentować, bo zwykle jestem stroną pozującą. A tymczasem zmykam do dalszego pisania wzoru na nią. :)

A Wy? Robicie przerwy na małe robótki? 
Czy dzielnie sztrykujecie tylko coś zdecydowanie większych rozmiarów?

czwartek, 9 października 2014

Sweter, czapka i Hannibal

Ostatnio miałam awarię sprzętu o czym tu pisałam. Okazało się, że sweter, który wydziergałabym w 2 tygodnie [patrząc na przyrost robótki na dzień] musi poczekać. Szczęściem będzie to dopiero zimowy sweter, mimo, że w jesiennym klimacie. Aczkolwiek patrząc po moim odczuwaniu zimna nie zgrzałabym się w nim i teraz. Czas jego końca wydłuża się zamiast skracać. Z braku drutków robótka leżała prawie tydzień odłogiem. Za to nadrobiłam sobie ostatni sezon "X files". :)

Wspominałam też jak to bez dziergania nie mogę, więc zaczęłam czapkę. Po nastu próbach: za mała, za duża, wzór brzydko wychodzi itd. itd. w końcu wczoraj przysiadłam, skończyłam i zrobiłam jej kąpiel. Miało mi to zająć góra 2 dni... w rzeczywistości wyszło co najmniej 3 razy dłużej. Trudno.
Dzisiaj spędziłam dobrych prawie 7 godzin nad spisywaniem wzoru. A nadal nie koniec. Niby takie proste, ale ile się nagłowiłam i naklikałam przy 'charcie' to głowa mała. Do tego odejmowanie oczek... koszmar! Najpierw robię tak jak leci, ale jeśli wzór puszczam w świat to fajnie byłoby napisać tak, aby było ładnie i symetrycznie. Guzik! Oczopląsu dostaję od tych skrótów, zabazgranych numerkami kartek.
Czapka leży nadal mokra, już ponad dobę i czeka sobie na zdjęcia.


A ja wieczorem nadganiam książki. "Czerwony Smok" T. Harrisa zupełnie mnie nie zawiódł. Może poza irytującym Willem G. Jak to się złożyło, że historia niby o dr Hannibalu a o dziwo są o nim jedynie może ze 3 wzmianki i koniec. Za mało, za mało. Mimo to opowieść wciągnęła mnie porządnie i mogę z czystym sercem polecić. Więcej nie ma co pisać, bo moim zdaniem te książki mówią same za siebie. Całą serię z Lecterem uwielbiam i stawiam ją w swojej czołówce, [jeśli chodzi o serie] może nawet na podium. ^^
Nie wiem czemu ale fascynuje mnie czytanie o seryjnych mordercach... znacie jeszcze jakieś książki o takiej tematyce?

Po takich mroczniejszych powieściach poczytam sobie coś lżejszego. I o kocie!
"Kleo i ja" Helen Brown to pozycja, którą miałam od dawna zapisaną na swoim profilu [na www.lubimyczytać.pl] i bez namysłu spakowałam ją do torby kiedy tylko ujrzałąm ją niespodziewanie w nowościach bibliotecznych. Nie mogę przepuścić kociej historii. ;)

Mam nadzieję, że następnym razem pokażę już coś gotowego, bo ostatnio jedynie książki i robótki w trakcie. Za rzadko piszę, oj, oj.


Macie już zimowe robótki? 
Czy robicie jeszcze przejściówki na jesień?

środa, 1 października 2014

Buntowniczy drut i "Czerwony smok"

Aby środa była naprawdę środą [czyli tradycyjnie z akcją Maknety] zdaję dziś krótką relację co u mnie na tapecie.

Dopadł mnie problem techniczny, a raczej sprzętowy. I to nie pierwszy raz. Kiedyś złamał mi się drut. Tym razem jeden z pary wymiennych drewnianych rozpoczął strajk. On twierdzi, że nie chce pracować ze mną przy tym swetrze. Wziął się uparł i nie chce się dokręcić. Początkowo sprawdzałam czy to na pewno jego wina, przykręcając go do innej żyłki, ale o dziwo pasuje na jej jedną stronę. W obecnej [tej potrzebnej] nie chce się dogadać z żadną. Próbowałam jednak dziś zdziałać coś delikatnie, ale po pierwszej próbie kiedy nagle po przerobieniu ok 30 oczek połowa z nich zleciała uznałam, że chyba nie da rady. Nie ważne jakbym się starała będzie bez sensu. Sklejać nie ma co, bo to mija się z przeznaczeniem drutów wymiennych. 
Jak to u mnie bywa druty mam raczej pojedyncze, więc nijak nie mam czym w tej chwili dziergać. Muszę zamówić nowe i czekać... eh. A planowałam dziś podgonić swetrzycho noo...

Nie lubię nie dziergać wcale więc zabrałam się późnym popołudniem za nową czapkę... Dziś jest zły dzień. Jest i już. Po trzech próbach okazało się, że i tak nie jest do końca dobrze, a przeliczenia mnie dobiły. Zmarnowane kilka godzin. Weny brak totalnie do tworzenia. Jutro musi być lepiej! :D


Książkowo udało mi się skończyć "Niemego świadka" A. Christie. Wreszcie! Nie żeby mnie nudziło, ale o dziwo zupełnie nie miałam ochoty na czytanie. Zwykle pochłaniało mnie mocniej grzebanie w odmętach dziewiarskiej części internetu albo dzierganie łączone z oglądaniem. Doczytałam jednak do końca i mogę wyrazić swoją opinię. Czytało się miło i przyjemnie, ale niestety urywkowo. Jeśli udało mi się siąść do niej to raczej na krótką chwilę. Może to sprawiło, iż nie mogłam się jakoś szczególnie wkręcić ? Ogólnie nie jest źle, wiadomo, klasyka. Ale zabrakło mi jakiegoś 'wow'. Szczerze jeśli miałabym polecać to wybrałabym zdecydowanie inne powieści tej autorki. Ta nie zaskoczyła mnie szczególnie zakończeniem...


Nagrodą i pocieszeniem będzie teraz dla mnie [mam nadzieję...] tak bardzo wyczekany "Czerwony Smok" T. Harrisa. Czyli proszę państwa dr Hannibal Lecter we własnej, intrygującej osobie! Ah, ah, ah. Kiedy czytałam "Milczenie Owiec" nie wiedziałam iż było przed nimi coś jeszcze. Wyszperałam, że wszystko zaczyna się od tego smoka no i... czekałam. O dziwo w bibliotece było, ale nie było. Haha- w katalogach widniało jako dostępne, na półce brakowało. Straciłam nadzieję, aż któregoś dnia przypadkowo postanowiłam sprawdzić z ciekawości. No i czekało na mnie. :)

A u Was zdarzają się jakieś usterki sprzętowe?
Macie sposoby jak je naprawić?

środa, 24 września 2014

Głowogrzejka Kagami

Przyszedł czas na kolejną środę z Maknetą. :) Mam wrażenie, że dni uciekają mi błyskawicznie, że nawet nie zdążę mrugnąć, a tu już kolejny tydzień. Zaczyna się robić szybko ciemno, zimno i nieprzyjemnie. Jak to mówią "winter is coming" na co ja odpowiadam "so knit faster!". ^^ Wczoraj nawet usłyszałam po mojej odpowiedzi "dokładnie! a ja nie mam jeszcze swetra". Hmm... czyżbym powinna wrzucić coś męskiego na druty?

Kto mnie zna ten wie, że jestem epicko skrajnym zmarźluchem. Nic więc dziwnego, że już we wrześniu chodzę w wełnianych czapkach. Sezon cebulki uważam za otwarty.
Czapka siedziała w głowie od dawna, wzór pisał się w myślach w trakcie robienia, więc nie mogło być inaczej- nowa robótka sama wskoczyła na druty. Szcześciem poszło niemalże błyskawicznie i dzisiaj mogę wam przedstawić moją najowszą 'głowogrzejkę'. Na sobie mam wersję zbliżoną do 'beanie', ale wzór obejmuję też wersję 'slouchy"- czyli co kto woli: Mama Krasnal, Tata Krasnal.


Czapka jest tzw. unisex- czyli kto nie założy dobrze w niej wygląda. :) No może pomijając różowe odcienie dla mężczyzn... I można ją nosić dwustronnie. O tak!


projekt: Kagami
wzór: Kagami
włóczka: Filcolana Peruvian Highland Wool (1,5 motka)
druty: żyłkowe KP 3,5mm; 4,5mm

Obecnie na drutach kolejny sweter, którego podgoniłam dziś dobre kilka cm. W planach dużo więcej robótek, jak zwykle. Ale na pewno będę robić przerwę dla czapek, kominów i łapek. ^^

A czytelniczo zastój: oj wstyd się przyznać. Marazm książkowy. Nijak coś nie mogę zabrać się do nich. Tak więc nadal ze mną "Niemy Świadek" A. Christie. Na półce czekają już kolejne... thriller, thriller i... książka o kocie "Kleo i ja". Może ktoś z Was czytał? Jeśli tak to dajcie znać czy się podobało. Jako kociara nie mogłam sobie odmówić historii z kotką jako główną bohaterką.


Jeśli ktoś miałby ochotę na taki ekspresowy projekt, to wzór jest dostępny od dzisiaj [na raverly lub można napisać do mnie na @]. :) Ah yaaay, mój kolejny projekt własnego autorstwa :3

środa, 17 września 2014

Jupiter czaruje

Podniosłam sobie dziewiarskie morale. Od dawna miałam w głowie pomysł na czapkę, ale zakonfiskowane włóczki i szlaban na rozpoczynanie nowej robótki działa jak trzeba. Zawzięłam się w sobie i dodziergałam beżowy sweter. Tutaj się przyznam, że brakuje mu jedynie plisy na guziki i schowania nitek... oj tam. W piątek skoczyłam do magicloop po towarzysza dla samotnego motka z poprzedniego posta, aby stworzyć z nich tą tajemniczą czapkę. Nie obyło się bez oglądania tej włóczkowej tęczy i podziwiania coraz to piękniejszych precelków. Planowałam wybrać sobie przy pomocy towarzystwa kolorki na kolejny sweter- "ten? czy tamten? aaa patrz, tutaj jest jeszcze o taki, ale śliczny... w którym ładniej? napewno?". Zakupy odłożyłam w czasie, bo jak zwykle muszę się namyśleć a i w kolejce miałam wtedy całe trzy, jeszcze nawet nie rozpoczęte róbótki. Miałam pójść tylko po jeden motek...
...ale przepadłam. Po raz pierwszy w życiu poczułam się tak zauroczona, że nie mogłam wyjść bez niego. Stając przed ścianką z Malabrigo Arroyo moją uwagę przykuł ostatni, samotny motek Jupiter, który aż do mnie krzyczał: "patrz! jestem piękny, najpiękniejszy, musisz mnie mieć!". Rzucił czar i już. ;) Projekt na niego miałam zanim go zobaczyłam, haha. Teraz kolej na mini odpoczynek od swetrów, więc wracam do chust. A jak to z nimi bywa jeden motek to mało (w przypadku grubszej włóczki), więc tutaj z pomocą przyszła mi TupTup, która wyciągnęła z czeluści przepastnego pudła niczym królika z kapelusza ostatni motek [jakimś cudem zachomikowany nie wiadomo czemu]. Radość ogromna i już. :) Tak oto zamiast z jednym brakującym wyszłam z trzema, ale za to jakimi!

Podczas sobotniego, jednodniowego wypadu do Torunia zaczęłam dziergać sobie czapkę. Bez prucia się nie obeszło, mimo, że było próbkowanie, liczenie, przymierzanie itd. itd. Zmotywowana do jak najszybszego ukończenia [no przecież chcę już zaczać moje arroyo... :p] podganiałam nawet w herbaciarni, na rynku, przed Planetarium a po powrocie przy oglądaniu z napisami. Nie był to prawda ekspres taki jaki by mógł być, czyt. czapka w 1 góra 2 dni, ale zważając na nastrój, inne obowiązki i ogólnie wszystko i nic, uważam, że i tak jest dobrze. Wczoraj był dzień rozpisywania, więc usiadłam, spięłam się i popijając Mogo Mogo [zieloną herbatkę z Torunia] uwinęłam się w kilka wieczornych godzin. Czapeczka poszła do testowania i za lekko ponad tydzień powinna być dostępna. ;)
Zdjęcia czekają na powstanie, bo cyknęłam sobie jedynie super-szybkie 'selfie', całkowicie niewyjściowe. Teraz moje dwie najnowsze robótki czekają na sesję, już zblokowane i wyschnięte [no dobra, jednej odrobinkę brakuje, ale się zrobi]. :)


Wracając na chwilkę do takich Toruńsko-włóczkowych smaczków- całkiem dziwne uczucie jak motki same pchają się do ręki w określonych kombinacjach a później przychodzi inspiracja. Jakby mówiły "weź nas, jesteśmy piękną parą. Jutro się sama przekonasz!". Tak to właśnie było kiedy zachwyciłam się nowymi zakupami i jeszcze pamiętam jak z artystycznym upojeniem w oczach mówiłam w sklepie "oooo jakie piękne połączenie kolorów!". A następnego dnia podczas spaceru po seansie w Planetarium (hahaha, a motek Jupiter :p) zobaczyłam 'inspirację'...


Zdjęcie dolne oczywiście przekłamuje kolory motków, które o dziwo są dosłownie takie same jak okiennice powyżej. ;) Chyba powinnam tam kiedyś wrócić ubrana w te kolorystycznie magiczne dziergadła...

Z tych kilku powodów czytanie trochę kuleje, bo chyba tylko ze dwa razy tknęłam książkę, oczywiście prosto przed snem. Zmorzyło mnie szybciej niż myślałam, więc nawet nie mam co opisywać. Dalej przy łóżku leży "Niemy Świadek" A. Christie.


Mieliście kiedyś taki spontaniczny zakup włóczki,
która jakby do Was krzyczała? Co to był za szczęśliwy motek?

środa, 10 września 2014

O czapce, grzybach i książkach.

Mam wrażenie, że dni uciekają mi przez palce. Czas leci jak szalony i jak zawsze tylko do przodu zamiast wstecz. Jestem już uzbrojona w jesienne 'trzewiczki', luzacki sweter zdobyty w mniej sieciowych sklepach, akurat na okres kiedy ten mój nie chce jeszcze zejść z drutów. Samotny motek peruwiańskiej wełny doczekał się w mojej głowie pomysłu na jego przeznaczenie. Plan i wzór już mam w myślach. Na dniach sprawię mu towarzystwo i zobaczymy, może uda się zrobić coś przynajmniej w miarę ładnego. Aby nie być aż taką tajemniczą [ah, tak bardzo...] wyjawię iż zamierzam przekształcić je w czapkę. O dziwo mam tylko jedną, w dodatku mimo składu niewiele mnie grzejącą. Starą i klimatycznie bardziej zimową niż jesienną... Druga należy bardziej do siostry, mimo iż uważam, że jest naprawdę śliczna w ogóle i w szczególe, tylko, że ja takich nie noszę. Zwykle [w 99% przypadków] chodzę w związanych włosach, dla wygody w tak zwanej przeze mnie pieszczotliwie 'cebuli', co jest niczym innym jak kokiem/ ślimakiem. I nijak nie dałabym rady upchnąć swojego włosiwa pod zwykłą, nie smerfetkową czapką...
Wyjścia nie mam, prawda? Muszę wydziergać kolejną. :)

Jesienny klimat zaczął ostatnio sprzyjać mocniej czytaniu niż robieniu na drutach. Chyba dlatego, że obecna robótka idzie jak krew z nosa, bo ileż można siedzieć przy jednym. Z kolei mój osobisty szlaban na rozpoczynanie nowych jak najmocniej uskuteczniam. W weekend wyskoczyłam nawet na pierwsze w tym roku grzybkobranie. Co ciekawe nie robiłam tego od naaastu lat, a tak naprawdę to w całym życiu miałam przyjemność może ze dwa razy. :p Z nagłego spontanicznego napadu tego właśnie pomysłu miejsce i godzina sprawiła, że był to raczej leśny spacer wokół drzewek, po mszystym dywanie wyrytym przez stadko dzików. Wróciłam do domu bogatsza o jadalne mini grzyby w liczbie sztuk dokładnie jedenastu. W lesie pięknie jak zawsze. :) Jedyne czego brakowało [prócz ciszy- bo nie ma to jak wypas wrzeszczących dzieci w środku lasu...] to muchomorki, które chciałam uwiecznić na zdjęciach i zobaczyć na żywo w jak największej ilości. Udało mi się upolować aż jednego! :p Ale liczę, że nie był to jedyny taki wypad, więc nadzieja zostaje. Polowanie na Amanity jeszcze nie skończone!


Wracając do czytania [toż to dzisiaj tradycyjnie książkowa środa]- mogę wpisać kolejną pozycję na listę przeczytanych. I ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu również udanych. :) "Jedyna szansa" jaką dałam H. Cobenowi została wykorzystana. Pierwszą połowę przeczytałam na spokojnie, bez większych nadziei, męczących chwil i nerwów sugerujących odłożenie tego na półkę. No może poza mnożącymi się fragmentami o wszystkim i o niczym. Kiedy przebrnęłam przez te ponad 200 stron akcja zaczęła się rozwijać i zawracać w tę i nazad. Zaczęłam się wciągać do tego stopnia, że ciężko było mi pójść spać i co kilka stron mówiłam sobie 'oj, jeszcze tylko do następnej przerwy... oj, do następnego rozdziału'. W ten sposób zaczytałam się pewnej nocy do godziny 1, a następnego dnia całkiem szybko po przebudzeniu chwyciłam by jak najszybciej skończyć. Tym razem przyznaję rację- cytatowi z okładki: "Zakończenie jakiego się nie spodziewacie". Co tu dużo pisać... polecam i już. Trochę wymęczyłam się na początku, ale teraz uważam, że było warto. :)

A kolejna książka będzie... znowu kryminałem A. Christie. Ciekawe jak pomoże w śledztwie "Niemy świadek".


ps. będę na 1 dzień w Toruniu- znacie ciekawe miejsca do polecenia? Herbaciarnie, ładne zakątki, sklepy z włóczką?

A Wy chodzicie na grzyby? 
Jakie są wasze ulubione, typowo jesienne rozrywki?

niedziela, 7 września 2014

Jedyna szansa


Przygoda dziewiarska nadal toczy się u mnie w towarzystwie swetra. Tak... nadal tego beżowego. :p
Przyznaję się bez bicia, że trochę mi obrzydło i zrobiłam sobie od niego małą przerwę, no taką 2-3 dniową. Nie tykałam go nic a nic. Oczywiście dlatego, że przede mną rękawy... mam chyba do nich uraz, bo jeden miałam już prawie gotowy, ale rozum podpowiadał mi unicestwienie tej szerokiej rury. Tak też się stało i obecnie zbieram siły do walki z ostatnią [no może przed ostatnią] częścią swetra.
Motywacja do kończenia jest całkiem duża, bo będę mogła wreszcie zacząć coś nowego. Póki co paczka z kłębkami została mi zakonfiskowana [spokojnie- za moim przyzwoleniem ;)] i nie odzyskam jej jeśli nie skończę obecnej robótki. Ostatnio takie coś podziało, więc tym razem też dałam się w to wplątać. Moja 'silna' wola nie dawała rady i prędzej czy później sięgałam po czekające włóczki, aby chociaż zrobić próbkę, coś przeliczyć z dziesięc razy, później kawałek następnej próbki, którą prułam po kilku rzędach i tak w kółko...
W głowie kołaczą mi się myśli o kolorach nowej, przyszłej robótki i nijak nie mogę się zdecydować ostatecznie. Tak nie, bo się zlewa, tak nie, bo nie pasuje, inaczej też nie, bo zbyt pstrokato... Pomijając wybieranie motków, które zajęło mi 2 dni. Eh.


W kwestii czytelniczej też wypadało by coś napisać, no chociaż raz na tydzień. Akcja Maknety kiedyś bardzo mnie mobilizowała do czytania i informowania Was o tym równo co środę, ale obecnie nie wiem co się dzieje i często czuję totalną niemoc do pisania... i książek czasami niestety też.
Akurat kilka dni temu skończyłam kolejny kryminał mistrzyni tego gatunku i mogę co nieco skrobnąć. :)
"Godzina zero" A. Christie, o której pisałam w poprzednim odcinku akcji, to kolejna książka, którą mogę zaliczyć do udanych. Osobiście pozycje tej autorki czytam głównie dla samej fabuły i zabawy w odgadywanie winnych. Niemalże za każdym razem jestem zaskakiwana zakończeniem. Podejrzenia zmieniam co chwile, a okazuje się na końcu jeszcze inaczej niż mogłoby się komukolwiek wydawać. I to najbardziej mnie w tym wszystkim bawi. Na plus zaliczam jak najbardziej ten klimat minionej epoki i fabułę opisywaną tyle ile trzeba. Nie ma tutaj wtrąceń nikomu do niczego niepotrzebnych, ciągnących się jak spaghetti o tym czy o tamtym rozpychając książki do wielkich tomiszczy w 3/4 o niczym. Wszystko prosto, jasno, powiedziane tyle ile trzeba. A i tak wystarczy. :)

Aktualnie 'testuję' nowego autora, pewnie doskonale niektórym znanego. Moje upodobanie do kryminałów i thrillerów ciągle rośnie. Tym razem padło na coś bardziej nowoczesnego- "Jedyna szansa" H. Cobena to moje pierwsze spotkanie z tym panem. Chwyciłam na chybił trafił, pierwszą lepszą, kieszonkową wersję, która stała na bibliotecznej półce. Te przeczytane już blisko 200 stron na razie oceniam jako całkiem udane. Jedyne co mi się nie podoba, a szczerze mówiąc tego nie trawię... to to czego brak zachwalam np. u A. Christie. Czyli wtrącenia o byle czym, które moim zdaniem jedynie powiększają obiętość powieści, zupełnie nic nie wnosząc do historii. No i ten 'amełykansky' klimat, który gra mi na nerwach... ale to tylko moje jak najbardziej subiektywne odczucia. Sama znam fanów tego stylu, którzy zaczytują się w entej powieści bardzo podobnie piszącego np. S. Kinga, przez którego nijak nie mogłam 'dzięki temu' przebrnąć. 
Zobaczymy czy to będzie naprawdę "Zakończenie jakiego się nie spodziewacie".
Póki co jest to dla niego naprawdę jedyna szansa...


A Was co najmocniej denerwuje w książkach?

niedziela, 24 sierpnia 2014

Chcę dziergać szybciej...

Jesień chyba jest już bardzo blisko. Od kilku dni nie rozstaję się z chustą i łapkami. Nie wyjdę już bez kurtki i swetra. Coraz częściej przeszukuję aukcje w poszukiwaniu super kaloszy ^^ W domu będzie musiała zostać też moja ulubiona płócienna torba z obrazkiem kotka z kłębkiem. Czas idealny na dzierganie kominów, czapek, chust i grubszych swetrów.

Chyba pomysł z robieniem lekkiego sweterka odłożę na kolejny rok. Nie mogę się doczekać jak 'wymęczę' już mój najnowszy beżowy udzierg z Limy. Przyznam, że robi się go zaskakująco przyjemnie, ale coś robótka ciągnie mi się tygodniami, biorąc jeszcze pod uwagę ponad tydzień w plecy, kiedy musiałam znowu pruć. Szybciej pewnie robiłabym go gdyby był z Malabrigo :p ale podkusiło mnie testowanie tańszej włóczki. Co prawda uparłam się też, że musi być w jednym i to konkretnym kolorze. Oby za bardzo mnie nie żarło, bo... się zapłaczę.


Teraz czas rozkładam pomiędzy swoje nowe wdzianko a testowy projekt mitenek. Tutaj chwalę się sama sobie, że udało mi się prawie skończyć pierwszą łapkę, więc jestem 'już' w połowie. Mogę więc uznać, że chyba pokonałam druty patyczaki i już nie są takie straszne jak się wydawały. :) Jedyna wada to czas jaki ten projekt mi go pochłania, bo dłuży się okropnie. Wzór jest bardzo łatwy, ale za to wymaga ogromnej ilości skupienia i koncentracji, liczenia, pilnowania oczek, kierunków ich skręcania itd. itd. A do tego nieźle trzeba wytężyć wzrok. Efekt jednak jest tego wart.

Na froncie czytelniczym, po małej przerwie od tradycyjnych, papierowych powieści, znowu startuję, bo udało mi się zdążyć przed zamknięciem biblioteki. Yaaay! :) Z tej radości zaopatrzyłam się w 5 książek [limit na czytelnika] i teraz nic tylko zabrać się do czytania. Moja radość była ogromna, bo udało mi się upolować wyczekany od kilku miesięcy tytuł. Ale póki co ciii... tajemnica :p Tą przyjemność zostawiłam sobie na przyszłość, a teraz zaczęłam od kolejnego kryminału, królowej tego gatunku i mam nadzieję, że kolejny raz będę miała się czym zachwycać. Na tapecie więc na dziś "Godzina Zero" Agathy Christie.  

A teraz kwestia, która mnie od dłuższego czasu nurtuje. Jak szybciej dziergać? Tak, tak, wiem i przyznaję częściowo rację, że powinno się to robić dla przyjemności i ważny jest sam proces robienia. Ale... to takie demotywujące kiedy na liście tyyyle projektów do zrobienia, zapotrzebowanie na ciepłe rzeczy rośnie, włóczek tyle do wypróbowania, a jeden sweter ciągnie się tygodniami... miesiącami... 

Jestem zaskoczona kiedy wchodzę i podziwiam projekty innych dziewiarek i poglądam na ravie terminy pracy, a tam... 10 dni i sweter gotowy... na trójkach, z długim rękawem, ze wzorkami. Nie raz jestem przytkana z podziwu i biję czołem o podłogę w zachwycie, jednocześnie zbierając szczękę z podłogi. Ale za każdym razem kołacze mi się to pytanie: 'jaaak? jak to możliwe aby tak szybko dziergać?'.

Aktualnie nie mam już tyle czasu na tworzenie, bo jestem w domu koło 18, a do 'udania się na spoczynek' mam 6h, w których muszę upchnąć jedzenie, mycie, domowe sprawy, dzierganie, czytanie, życie towarzyskie itd. itd.

Próbuję się pocieszać, że szybkość przyjdzie razem z wprawą. Tylko kiedy... :p
Ja z doświadczenia wiem, że najlepiej zasuwam przy robieniu na około, najlepiej na szerszych okrążeniach, bo w łapkach nie idzie się rozpędzić. Jak zwykle metodą 'continental' o ile dobrze pamiętam. No i oczywiście na drutach z żyłką, bo innych już nie tykam.



Macie jakieś pomysły, rady na szybsze dzierganie?
Ile średnio dziennie przeznaczacie czasu na druty?

czwartek, 14 sierpnia 2014

Czwartkowa środa

Ostatnimi czasy gderałam o rzekomej klątwie. Chcąc nie chcąc podobno prucie i wszelkie niezbyt przyjemne czynności takie jak dodatkowe rozplątywanie supełków, blokowanie, naprawianie itd. itd. należą do całego procesu dziergania. Całkowicie naturalnie. Czasem jednak czegoś jest za dużo, zdecydowanie... no i jak tu się nie podłamać kiedy przeważa destrukcja, a praca zamiast posuwać się do przodu to cofa się coraz bardziej i bardziej. Nowe włóczki tym razem nie pomogły jak to zwykle bywało. Złe czary dotknęły także je. 
Postanowiłam nie dać za wygraną i dziergać dalej. Od nowa, całkowicie od zera, po raz chyba czwarty. Kilka rządków dziennie to zawsze coś.


Aby cokolwiek zrobić i odpędzić uroki zrobiłam coś dziwnego... nowego i trochę szalonego. Całkowicie na przekór temu fatum, pół żartem- pół serio, ale z obłąkańczym uśmiechem- zapisałam się na testowanie. Konkretniej chodzi o wzór mitenek, ale też poniekąd samej siebie. Bo czy to nie wyzwanie rzucać się na 2mm druty? Ja, fanka raczej czegoś co czuć w dłoniach [czyt. min. 3,75mm]... Swoją kolekcję musiałam więc poszerzyć dosłownie o długie, metalowe wykałaczki. O dziwo [a może i nie] są nawet cieńsze niż moja igła dziewiarska [taka tzw. do grubego haftu]. No to teraz zaczyna się zabawa. Skończyć muszę, bo nie ma innej opcji przy tego typu umowie. :p Będzie się działo- z małych kłębków (ukochanego) M. Socka i Araucanii!

Zahaczając także o środę, lekko spóźniona dołączam do kolejnego odcinka zabawy z Maknetą, czyli słowo o książkach i dzierganiu. O drutach pogadałam, czas więc na czytanie. W zasadzie obecnie nie mam się czym chwalić, bo nie mam kiedy podlecieć do biblioteki. Także póki co próbuję się przekonać do audiobooków, przechodząc najpierw przez słuchowiska. Pierwsze, wspominane niedawno "Studnie przodków" J. Chmielewskiej totalnie mnie zauroczyły. Od tego czasu częściej w głośnikach słychać jakieś teksty niż muzykę. Poznałam w ten sposób n.p. historię Doriana Greya. W ramach odświeżania angielskiego pokusiłam się nawet o załadowanie sobie obcojęzycznego 'słuchadła' o Sherlocku Holmesie czy Herculesie Poirot (to się odmienia?). Wiem przez to co się działo w pociągu o "4.50 z Paddington" i jaka była "Tajemnica Świątecznego Puddingu".
Nadal nie jestem przekonana do audiobooków- to stanowczo dłużej wychodzi niż czytanie, a lektorzy często są naprawdę słabi [jak dla mnie]. Do tego mam dziwne poczucie, że i tak książka nie jest przeczytana  [de facto nie jest- przynajmniej przeze mnie, najwyżej przesłuchana...] i mam wyrzuty sumienia, że tak jakby ktoś odwalił za mnie całą robotę. Ale słuchowiska to już całkiem co innego...

Słuchanie swoją drogą, ale tradycyjnych książek nie zamienię raczej nigdy. Trochę dłużej mi się zeszło, ale jednak skończyłam "Piątkowy Klub Robótek Ręcznych". 
Od siebie powiem tak, że oceniam ją na całkiem dobrą, mimo mojej niechęci do zwykłych, życiowych historii. Z nudów nie usnęłam, mimo, że niektóre momenty były naprawdę o niczym i tylko zapełniały czas nie wnosząc zupełnie nic do akcji. Największym plusem dla mnie oczywiście było czytanie o dzierganiu i spotkaniach włóczkowych, bo przyznaję się, że to był jedyny powód, dla którego zabrałam się za tę historię. Gdyby nie momenty o pasji robienia na drutach, będący jednocześnie jakby głównym tłem [przynajmniej dla mnie- sama zrobiłam sobie z tego główny wątek ale ciiicho ;)] to pewnie nie doczytałabym nawet połowy. 

Ale jak zwykle: co kto lubi. ;) Jeśli jesteście fanami obyczajówek i historii zwykłych ludzi [nie tych superbohaterów, nie tych z gatunku s-f czy fantasy] to polecam z czystym sercem.

Tymczasem ja lecę zmagać się dalej ze swoim wyzwaniem! :)
Trzymajcie się ciepło i nie dajcie porwać temu hulającemu teraz wiatru.