Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wełna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wełna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Lucille - soczyście wiśniowy kardigan

Lucille jest moim nowym swetrem. Wyczekanym i dopieszczonym do ostatniego oczka. Pewnego dnia zwyczajnie coś mnie tknęło i pomysł spadł na mnie z nieba. Tak po prostu. Zdarza się, trzeba skorzystać. Przyznam się, że minęło już tyle czasu, że nie jestem w stanie powiedzieć kiedy, co i jak. Pozacierały się granice między jawą a snem i nie wiem czy o dzieło moich rąk, czy jednak magicznie to coś zmaterializowało się w mojej szafie. 
Pod koniec zeszłego roku, jakoś w okolicach mroźnego października albo jeszcze wcześniej zobaczyłam w myślach dokładnie 'ten' sweter. Lubię czasem skrajnie warkoczowe szaleństwa, ale niejednokrotnie mam ochotę na coś w zupełnie innym stylu. Szczególnie na wiosnę. Do nowoczesności chyba mi całkiem daleko, ale uwielbiam łączyć różne style. I taka też jest moja Lucille. Delikatna, nieprzekombinowana, ale z pewnymi dodatkami. 
 
 
Myślę, że kto już zdążył poznać moje projekty, nie miałby najmniejszego problemu z przyporządkowaniem go do mnie bez żadnej podpowiedzi. Udawane, małe niby-warkoczyki i tekstury to coś co uwielbiam. Dodajmy do tego odrobinę ściegu francuskiego, zakończmy i-cordem i jest pięknie.
Nie przepadam jak zbyt dużo dzieje się jednocześnie na dzianinie, ale też nie marzy mi się dzierganie banalnych form minimalistycznych. A tutaj mam wszystkiego tyle ile dokładnie trzeba. Jako, że z założenia miał to być sweterek przejściowy to zrobiłam go lekko dłuższym niż zwykle. Pasuje idealnie.
 
Dodałam też moje ukochane 'open-front' czyli tzw. otwarty przód, zero guzików, zero wkładania przez głowę. Cudownie! Łącząc z plisą otulającą kark, dzierganą potem jednocześnie z resztą swetra jest po prostu wspaniale. Czyż nie?
Te przepiękne, żywe i soczyste barwy to dzieło Agnieszki z magicloop. Miałam przeogromne szczęście ponownie współpracować z tą zdolną kobietą. Tym razem swoje wdzianko utkałam z włóczki "kaszmirLOVE" w odcieniu "Sorbet Wiśniowy". Kolor robi wrażenie, a miękkość kaszmiru i puchatość samej włóczki sprawia, że nie mogę przestać się zachwycać tymi oczkami, fakturą za każdym razem jak mam sweter na sobie. Przepadłam i już. A jakie to mięciuchne!
 
To była moja pierwsza przygoda z tym luksusowym włóknem, więc tym bardziej sam projekt i cały proces miał dla mnie większe znaczenie i dodał tego czegoś, jakiegoś dreszczyku emocji. Teraz doskonale wiem, że to nie ostatnia 'taka' włóczka, która u mnie zagości. Na drutach już kolejne kaszmirki!

Z testowaniem niestety sprawa miała się zupełnie inaczej. Tutaj wzór, tu felerne zdjęcia. Potem tygodnie mijały, czas uciekał, a najgorsze niespodzianki wychodziły równo tydzień przed końcem terminu. Posypały mi się testerki tego samego rozmiaru, co sprawiło, że Lusia była sprawdzona tylko w kilku wersjach... wzór musiał więc przejść przez ten proces dwa razy... ale mam nadzieję, że było warto. Teraz bogatsza w te nieprzyjemne doświadczenia i dodatkowe stresy, wiem, że czegoś muszę się z tego nauczyć. Powinno wyjść tylko na lepsze.

Ogromne podziękowania ślę do moich wytrwałych i pomocnych testerek, bez których wydawanie wzorów nie miałoby sensu. Dzięki nim bez stresu mogę podzielić się z Wami przepisem na "Lucille". A ile przepięknych wersji powstało, ah. Każda tak inna ale wyjątkowa. To niesamowite uczucie oglądać jak różne osoby mogą zinterpretować jeden wzór. I to w dodatku mój. Duma i radość mnie rozpiera. Od dzisiaj możecie nabyć go tutaj (w wersji ang.) - klik.

Niemniej jednak teraz tylko się cieszę z mojego nowego cuda, które wreszcie śmiało mogę nosić i się nim chwalić. Przetestowałam go na spotkaniach i w pracy i przyznam, że za ten kolor zbieram same komplementy. Na każdy odpowiadam "wiem, dziękuję. Sama zrobiłam, nauczyć Cię?", hihi. Może kogoś zaproszę na naszą szaloną, włóczkową stronę? Kto wie?

Tymczasem do miłego!
A.

czwartek, 2 lutego 2017

Kolorowa terapia

Halo, halo, tu znowu ja :) Przyleciałam Wam powiedzieć co się u mnie dzieje. Tyle mnie tu nie było...
Zdecydowanie wszelkie morale dziewiarskie i jakiekolwiek inne padły mi niemalże do zera. Zima i już. Wiecznie zimno, wiecznie ciemno i ponuro. Ja powinnam zapadać w sen zimowy jak Muminki. W międzyczasie trochę się wydarzyło - przeniosłam się o kilka ulic dalej i do tego zostałam sfinksową mamusią. Marzeń realnych do spełnienia miałam bardzo mało (raczej jestem pesymistką), ale to jedno się w końcu udało. Od ponad miesiąca jest ze mną mały koci przybysz rodem z kosmosu, taki zmieszany Voldemort ze Stworkiem i Gollumem jednocześnie. Kocham i już.

Cały ten ostatni czas wysysa mi energię i chęci niczym zimny dementor, ale ja się staram i się nie daje. Walczę kolorami! Jeszcze dawno w zeszłym roku wpadła mi myśl na zużycie zalegającej włóczki Dream in Color "Calm". Ilość w sam raz na sweter, pomysłu własnego brak, ale od czego jest kopalnia Ravelry. Padło na kardigan "Buckley" - co tam, że włóczka innej grubości, damy radę. 
 
Dziergało mi się naprawdę cudownie, całkiem szybko przyrastało i cieszyło oczy. Aż do rękawów, które robiłam do połowy z 5 razy, ale wygrałam. Potem padło na plisę, taką mocno mięsistą, przy której co rządek dumałam czy wystarczy włóczki. Teraz zostało tylko schowanie nitek i blokowanie. Wreszcie.
 
Kolor jest tak bardzo nie mój, że aż. Niebieskiego ogólnie nie lubię, poza właśnie takim żarówiastym kobaltem. Ale mam tutaj też trochę fioletu i brązów, więc czuję się usprawiedliwiona. Jak pomyślę, że mam z głowy 5 motków z zapasów to już robi mi się lepiej.

Jakoś chyba w środku stycznia udało mi się też skończyć boską chustę "Ramble" (autor Andrea Mowry). Do noszenia jeszcze sporo czasu minie, bo z racji wiecznej zmarzliny noszę tylko Ashby jakoś do marca/kwietnia, ale nie mogę się doczekać. Brioszka nigdy mnie nie pociągała, szczerze mówiąc nawet wręcz odwrotnie, ale jak zobaczyłam ten wzór to przepadłam i koniec. Do tego wspaniała Marta z Zagrody rozumie dziewiarkę w bardzo nagłej potrzebie (włóczkowe pogotowie działa!) i dzięki niej mogłam zacząć już w pociągu na Śląsk gdzie w listopadzie wpadliśmy na kilka dni na rodzinne uroczystości. 
Brak internetu, tutoriali, kogokolwiek do pomocy... tylko ja i wzór. I wiecie co? Banał... poważnie. Nigdy na oczy wcześniej nie widziałam jak się to dzierga, pojęcia nie miałam zielonego. Ja nie jestem z tych co zaczynają od najprostszych na początek. Nie lubię i już. Po co mam dziergać byle co dla samej nauki. Co tam, że brioszka, że dwa kolory, że jakieś dodatkowe wzory. Ja muszę się zakochać i wskoczyć na głęboką wodę. I nie żałuję. Wzór jest rozpisany genialnie. Miałam tylko mały error, jak się zapatrzyłam i oczka mi pospadały, tak, że musiałam to rozgryźć i naprawić.
Piękna, co nie?

Teraz obydwie robótki czekają na blokowanie. Nie wiem tylko kiedy i jak. Miejsca na suszenie mam tylko na panelach, więc ręczniki odpadają. Poszukuję więc dobrych, piankowych puzzli w cenie lepszej niż maty z KnitPro - jeśli macie namiary będę bardziej niż wdzięczna. :)

Mam nadzieję, że taki wymuszony detoks od projektowania wyjdzie mi na dobre. Czasem tak trzeba. Powoli testuje się zaległy wiśniowy sweterek, trzymajcie kciuki!

A tymczasem pracuję zawzięcie nad kolejną chustą od tej samej projektantki - ogarnął mnie szał "Find your fade". Ale o tym już innym razem.

Do następnego!

czwartek, 24 listopada 2016

Uśmiechnij się!

Dawno mnie tu nie było. Cóż. Trafił się akurat taki czas, ale nie ma co rozpaczać, bo mam nową czapkę. A co tam. Musztardowe/ miodowe motki mojej ukochanej włóczki jesiennej czy zimowej miałam zachomikowane od zeszłego roku. Miały być cudownym swetrem. Tylko jakoś ilość pozwalałaby na coś w rozmiarze niekoniecznie dobrze ogrzewającym. Słowem posiadałam całe 6 motków Peruviana od Filcolany. Za mało. Dokupić tego cuda już dawno nie idzie (z zagranicznych stron nadal mam obawy zamawiać). Pozostało mi więc zmienić swoją koncepcję. Zapragnęłam nowej, specjalnej i wyjątkowej czapki. Robiło się coraz zimniej i ciemniej, a co za tym idzie przyszło mi zapotrzebowanie na coś ciepłego i koniecznie w wesołym kolorze. Miodowa czapa z podwójnym ściągaczem to jest to! Do tego mega czerwony pompon w całkiem słusznym rozmiarze. Nie mogłam wybrać innego do mojej najcudowniejszej na świecie chusty. Noszę ją nieustannie od kiedy zeszła z drutów jakieś dwa lata temu. Za każdym jednym razem kiedy wychodzę z domu a temperatura spada poniżej 15 st, opatulam się w moją krwistoczerwoną Ashby. I tak całe 4-6 miesięcy na rok. ^^ Ciekawe czy kiedykolwiek mi się znudzi.
Czapka też musiała być tak wspaniała. Czyli obowiązkowo warkocze, plecionki i łańcuszki. A jakby dodać tekstury? Cudo! Tym oto sposobem dorobiłam się mojej najnowszej, czadowej czapki.
Wiem, wiem, może mało skromnie, ale zakochałam się w niej bez pamięci. Jest tak bardzo w moim stylu, że chyba bardziej być nie może.

Chwalę się moją wersją "Autumn Smile".
Niech zdjęcia mówią same za siebie, bo tak zachwalać włóczkę, kolory i ściegi mogłabym bez końca.
Moja wersja obowiązkowo musi być dłuższa. Takich zwykłych czapek raczej nie noszę, bo nie miałabym w co upchać 'cebuli' [czyt. koka z włosów] - rozpuszczone tylko do zdjęć, nie chciałabym straszyć widokiem a' la Stożkogłowi. Każdą czapkę mam więc w stylu Smerfetki. Ale w opisie jest wszystko pięknie, ładnie, tak, aby można było dostosować długość pod swoje preferencje.
Podwójny brzeg jest idealny. Nie ma co prawda jeszcze (!) strasznego mrozu, ale na obecne temperatury sprawdza się znakomicie.
No patrzcie tylko jakie to mięciuchne. Nic tylko ściskać. Jestem oczarowana tym jak przepięknie podkreślone są te wszystkie ściegi, każde oczko z osobna. Cały wzór wydaje się być wręcz trójwymiarowy. Chociaż... jak tak zerkam na te łańcuszkowe kółeczka to pokusiłabym się nawet o 4D, hihi.
 
 Na koniec takie późno jesienne zdjęcie, z ostatnim jabłuszkiem w tle.
Z tej radości spisałam wzór, który znajduje się w moim sklepiku na ravelry. Póki co opis dostępny jest w języku angielskim, ale rozpisany jest bardzo przejrzyście i oczywiście posiada schemat.

Ja jak widać jestem ogromnie zadowolona z mojej antydepresyjnej czapy. Już nie tak potwornie straszny jest mi ten mróz, szaruga i wiatr. Żółta czapa, czerwoniasty pompon i robi się zdecydowanie przyjemniej i bardziej kolorowo w tym szaro-czarnym tłumie w tym betonowym mieście.


A Wam jak się podoba?

czwartek, 14 lipca 2016

Dzierganie w niedoczasie

Jestem w ciągłym niedoczasie. Do tego wieczne niedospanie, zmęczenie i stres robią swoje. Ale dziergam. Żyję i drutuję. Pomału, ale raczej do przodu. :) Czasem ukradnę kilka godzin weekendu, czasem kilka minut w ciągu tygodnia. Tutaj godzinka czekania, tam chwilka po obiedzie, jedno spotkanie robótkowe, miesiąc później drugie no i szal w końcu gotowy. 
Tym krótkim postem melduję iż mam w swoim dorobku dwie chusty więcej. Jedna nawet jest już na etapie testowania (ta Holstowa tajemnica), a druga czeka na spisywanie wzoru.
Oczywiście robótki zabieram ze sobą na wypady - w tym roku udał się nam taki bardzo aktywny mini wyjazd - no prawie całe dwa dni (hihi). Ale nawet w tak krótki czas wcisnęłam moje włóczki i druty.
Ale... mimo wszystko jeszcze żadna z chust nie doczekała się lepszych zdjęć! Wolę nie pisać ile faktycznie minęło od czasu skończenia pierwszej, bo chyba zapadłabym się pod ziemię. Eh. Mam jednak fotki z procesu tworzenia, którymi daję dowody, że coś jednak robię.

Poza tym? Na drutach... skarpetki. Zawsze mam jedną parę w trakcie. Pomijam, że obecną dłubię już ze 2-3 miesiące, a jestem w połowie pierwszej stópkogrzejki. Ale i tak się przecież liczy. Pomału, oczko za oczkiem, całkowicie niespiesznie - czekając na przystanku, siedząc na spotkaniu, podczas gry w planszówki albo z braku większej robótki. Projekt idealny i bardzo mobilny.

W planach wreszcie jakiś sweterek. Jeszcze z cieńszej włóczki, ale obowiązkowo w mocno dziewczyńskich kolorach. Pełno różu, fioletu i lawendy. Idealnie! Nie mogę się doczekać. Samego dziergania, przerabiania każdego oczka i oczywiście gotowego efektu. Ciekawe czy uda mi się chociaż raz założyć go jeszcze tego roku.

A co tam włóczkowego u Was? ;)

środa, 4 maja 2016

Neonowe Skitlesy i nie tylko

Po takiej dłuższej przerwie aż nie wiem od czego zacząć. Powiem tylko, że nadal się dzieje, a w zasadzie dzierga. Znacznie rzadziej i krócej, bo często gęsto siły wystarczają jedynie na obiad, chwilę odpoczynku i szykowanie na kolejny dzień do pracy. Wypadałoby też położyć się o ludzkiej porze... a to znaczy koniec drutowania do późna. Zamiast włóczkowania kilka razy poczyniłam włóczenie się. Niby brzmi podobnie, ale z wełną ma wspólnego tyle co nic. No chyba, że łazi się wiecznie w swoich udziergach, co praktykuję każdego jednego dnia. Jakby nie było staram się choć trochę oczek przerobić.

Skończyłam skarpetki w kolorach cukierków Skittles. ^^ Kolejne do kolekcji. Już nawet nie pamiętam kiedy. Cyknęłam na szybko kilka zdjęć, bo miałam ochotę je jak najszybciej nosić. Poza tym wiadomo jak trudno samemu zrobić sobie zdjęcia w skarpetkach. Nie mniej jednak mam na koncie już w sumie chyba czwartą parę i dobrze mi z tym. Na drutach kolejna.
 
Włóczka to tym razem coś bardziej znanego czyli Zitron Trekking XXL w szalonych kolorach. Sama się dziwię, bo czasem w ciepłym świetle wpadają aż w neony. No cukierki jak nic! Jak widać ponownie zrobiłam zwykłe, gładkie skarpetki, ale nie chciałam nic cudować, skoro włóczka miała grać pierwszą rolę. Muszę przyznać też, że jestem uzależniona od robienia tej cudownej, żeberkowej pięty. Już znam prawie na pamięć nawet część ze skróconymi rzędami.
 
Pokusiłam się o mniejsze druty tak jak przy pierwszych dwóch parach i dziergałam na 2 mm. Nic a nic nie luźne, wygodne i ciepłe - takie jak mają być.
Jedyny minus... filc, filc, filc! I kulki!
 
Po takiej włóczce spodziewałam się czegoś znacznie bardziej wytrzymałego, ale ubrałam moje cukierkowe skarpety jeden, jedyny raz. Na spacer, w zwykłych adidasach. Ledwie ponad 2 h chodzenia i taka niespodzianka. Nie mam nawet śmiałości pokazywać tego tutaj, ale uprzedzam - włóczka baaardzo źle się zachowała. Na pięcie, a w zasadzie na tyle (czyli tam gdzie te żeberka - wzmocnienie) powstał filc i nie kuleczki, tylko takie już 'farfocle', które nawet z trudem się odrywają. W kilku miejscach nawet ledwo widać oczka. Rozczarowanie...

Chyba mam pecha odnośnie filcowania/ mechacenia się włóczek. Cóż, postaram się z tym żyć.

edit: po rozmowach na naszej polskiej grupie na Ravelry doszłyśmy do wniosku, że to może być wina samych butów. Jako, że to są te niby sportowe to posiadają coś w rodzaju siateczki i podejrzewamy, że to ona jest sprawczynią tego strasznego występku. Także teraz sprawa wygląda zupełnie inaczej! :) włóczka dobra, ale nie radzę nosić jej w butach z tego typu wyściółką. ;) Od razu lepiej, co nie?

Ale skoro wpadłam tu chociaż na chwilę, to nie chcę takich samych żalów i smutków zostawiać. ;) Kończy się chusta, nowa, ażurowa i z cudownej, mięciuśkiej włóczki. Sama nie mogę się doczekać.
Gdyby ktoś jednak pamiętał i nie mógł się doczekać różności, które kiedyś się w zajawkach pojawiały na blogu (czyt. puchaty sweter i tajemniczy garter wyłaniający się z koszyka - chusta) to baaardzo proszę jeszcze o chwilę cierpliwości. Jak był czas to nie było pogody i/lub fotografa a teraz nie ma czasu. Ale melduję, że swetrzysko ukończone i noszone z wielką miłością już chyba od stycznia, a chusta oczekuje na pewne dodatki. Prawdopodobnie będę spisywała też na nie wzór, więc pewnie pojawi się testowanie. Przynajmniej bardzo bym chciała... ;)

Jeśli dotrwaliście - bardzo bardzo dziękuję, biję brawa
i pokłony do samej ziemi, że zaglądacie tu jeszcze.

Oby do jak najszybszego!

poniedziałek, 21 marca 2016

Skarpetki Hermiony

Ostatnio podzieliłam się z Wami swoimi przemyśleniami na temat tzw. monogamii dziewiarskiej. Dawno brakowało mi takiego projektu odskoczni, który mogłabym zabrać ze sobą na spotkania, dziergać w autobusie, albo podczas grania w planszówki. Skarpetki są idealne! Jeśli zaglądacie tu jakiś czas to na pewno kojarzycie, że od zeszłego roku wciągnęłam się w dzierganie skarpetek. Od pierwszej pary czuję się oczarowana sposobem robienia ich od dołu i nie mogę przestać. Taka robótka jest dosyć specyficzna, bo mimo swoich małych rozmiarów jest bardzo czasochłonna. Teraz nie liczę ile godzin przeznaczam na jedną parę, ale wiem, że jeśli przysiądę na dłużej to udaje mi się zrobić ją w ok. 2 tygodnie. Zdarza się, że jeśli nadgarstki mi się porządnie rozgrzeją to przyspieszę do prawie 2.5 cm na godzinę. Cóż, na pewno można by w tym czasie zrobić jednomotkową chustę, albo 1/3 swetra... ale na brak weny [który dopada mnie w sumie niemalże nieustannie] stópkogrzejki są idealne.
W dzierganiu uwielbiam też to, że ciągle można się czegoś nauczyć. Jeśli nie ściegu to nowej metody. Tym razem rzuciłam się na głęboką [dla mnie] wodę i zrobiłam całą parę na drutach pończoszniczych. A do tego jakby było mało to zaszalałam trochę bardziej i wydziergałam je teksturowym wzorem.
 
Na początku szło opornie, bo jednak liczba drutów z 2 wzrosła do 5 jednocześnie, więc miałam do czego się przyzwyczajać. Ale jak tylko wyplotłam palce w pierwszej ze skarpet to samo poleciało. I jest super!
Kolory są bardzo moje, szczególnie w obecnej fazie na róż i fiolet. Wykasowałabym jedynie ten dziwny niby brąz. Jak zdążyłam zauważyć w niemalże każdym kolorze komercyjnych motków specjalnie do skarpetek jest dla mnie za dużo o jakiś dziki odcień zupełnie nie pasujący do reszty. Oczywiście tyczy się to tych ciapkowych i samopaskujących. Przechodząc do rzeczy - włóczka Austermann Step, wełniana z dodatkiem nylonu a także... aloesem i olejem jojoba. W jaki sposób i w jakiej postaci te dodatki tam się znajdują nie mam pojęcia. Nie wiem też co mają polepszać, ale cóż. Ciekawostka. Jeśli ktoś posiada tą tajemniczą wiedzę, chętnie dowiem się czegoś więcej.
A jaki minus? Włóczka wygląda na bardzo hmm... sfatygowaną. Oczywiście dopiero po noszeniu, ale już po pierwszym dniu użytkowania zaczęła się dosyć mocno mechacić i nawet znalazłam kilka zalążków kulek. Nic fajnego. W dotyku była bardzo miękka, po praniu jeszcze bardziej, ale jednak ten minus przeważa i następnym razem będę ją raczej omijać. W końcu tworzę nie dla samego dziergania, ale także i noszenia.
Na nieszczęście mam jedynie 2 zdjęcia (podkradzione z własnego instagrama), bo jak już zdążyłam napisać włóczka zostawia trochę do życzenia, a sam udzierg przez to nie wygląda już reprezentacyjnie. Dzielę się więc fotką wipa i całej pary zdjętej prosto z drutów, na chwilę przed blokowaniem. Potem z radości posiadania kolejnej wydzierganej przez siebie rzeczy zapomniałam o fotografowaniu i śmigałam w ręcznie robionych skarpetkach.
Gdyby kogoś ciekawiło, to tym razem robiłam na drutach rozmiar większych, czyli 2.25 mm. A zużyłam niecały motek, na oko mniej więcej 2/3 kłębka. Wydajność cudowna! Ten piękny teksturowy ścieg wzięłam z obłędnie sławnych skarpetek Hermiony. Wzór na nie (darmowy! robiony od góry) znajdziecie na Ravelry pod nazwą "Hermione's everyday socks". A projektów są ich już setki. Myślę, że co najmniej jeszcze jedną taką parę wydziergam ponownie.
A co dalej na drutach? Kolejna para skarpetek - mam już więcej niż połowę.
Ps. tajemnicza robótka z podlinkowanego posta (taaaak, znoowu chusta...) już gotowa. Wreszcie! Teraz tylko jakimś cudem trzeba zrobić zdjęcia...

Tymczasem jeszcze mini ogłoszenie na wszelki wypadek: stety niestety będzie mnie teraz dużo mniej w sieci i blogowo. Czas okroił mi się nieziemsko i nie mam pojęcia kiedy będę dziergała, nie mówiąc już o robieniu zdjęć. Także gdyby coś to nie umieram (chyba... mam nadzieję) i pamiętam o was. W niektórych przypadkach im mniej czasu tym większa produktywność, bo nie traci się cennych godzin na byle co. Oby i u mnie się to sprawdziło.

wtorek, 8 marca 2016

Neptunia - szal o morzu i syrenach

Dawno, dawno temu kupiłam pewną włóczkę. Miała stać się skarpetkami i tak prawie było, aż uznałam po połowie pierwszej, że nie podobają mi się oczka. Potem przyszedł czas na test dwukolorowych rękawiczek i zabrałam się za farbowanie jednego z motków. Mimo, że grubość nitki odpowiadała wymaganej próbce to całość wydawała mi się zbyt wiotka i transparentna. W moich pudełkach z włóczkami znalazłam samotny motek dawno pofarbowanej arwetty, więc aż same prosiły się o coś naprawdę ciekawego. I tak sobie kłębki czekały, aż z nudów zaczęłam robić najprostszy trójkąt francuzem. Lubię dziergać same prawe... Poszło gładko, ale jak zawsze nastąpiła czarna dziura niemocy. Robótka odczekała swoje i przez kilkanaście tygodni pomalutku stawała się chustą. Kolory, wzory nasuwały same morskie skojarzenia. Piękne, delikatne fale, mnóstwo bąbelków i małe ogony tajemniczych syrenek błyskające gdzieś pod taflą wody... i tak prawie z morskiej piany wydziergałam bardzo kobiecy, delikatny szal.
Przedstawiam Wam Neptunię...
Trójkątną chustę z ciekawym ażurem, szczyptą pasków i pikotkowym zakończeniem. (hihi, ten krzak na zdj. wygląda jak koralowce)
  
Moja wersja jak widać powstała z trzech kolorów. Wykorzystałam łącznie ok 2.5 motka włóczki fingering - 2 kłębki Jawoll Superwash i trochę Arwetty. Do ażurowych części użyłam tych przeze mnie farbowanych. Ciekawa jestem jak też chusta będzie wyglądała tylko w jednym kolorze...  
 
Sama nie wiem co lubię w tym szalu najbardziej - ten wodno bąbelkowy ażur, małe koronkowe ogonki czy urocze pikotki. Chyba śmiało mogę powiedzieć, że raczej wszystko naraz.
Smętna pogoda i kilka spraw zajmujących głowę odebrało mi dziś chyba umiejętność pisania więcej niż te kilka zdań. Ale liczę, że wystarczą. Jeśli macie ochotę to pod tym linkiem (trzeba kliknać odnośnik do projektów) pojawiają się cudowne wersje tego wzoru, co jedna to piękniejsza. Opis dostępny jest w języku angielskim, w moim kramiku na Ravelry.
*z okazji Dnia Kobiet jest w 15% promocji do końca tygodnia! ^^

No to do następnego... bo skarpetki już skończone! ^^

wtorek, 1 marca 2016

Skarpetka na ratunek.

Co się działo jak mnie tyle nie było... Pewnego dnia szyłam sobie zamówione woreczki. Kolejnego siadłam znowu na kilka godzin do maszyny, aby je dokończyć i bach! Wieczorem odezwał się kark/szyja. Zazwyczaj coś takiego szybko przechodziło, więc liczyłam, że następnego dnia wszystko będzie lepiej. Aż jak się myliłam. W wielkim skrócie: z dnia na dzień było coraz gorzej, aż doszło do tego, że chodziłam jak Batman ze starych filmów albo jakiś robot. Mogłam się ruszać w baardzo ograniczonym zakresie, a o jakichkolwiek ruchach głową mogłam zapomnieć. I tak cały tydzień. Dziś już jest ok, dlatego przyszłam podzielić się tym co u mnie.
Ostatnio pisałam, że jestem/staram się być taką monogamistką dziewiarską. Czyli mieć na drutach tylko jedną robótkę. Przez długi czas to się sprawdza, ale skusiłam się na przystanięcie na mostku, który prowadzi do przeciwnego obozu - czyli im więcej wipów (wip- work in progress/ robótki w trakcie) tym lepiej. I jest mi z tym dobrze. :) Zdecydowanie brakowało mi czegoś co mogłabym tworzyć podczas oglądania filmu lub serialu albo przy graniu w planszówki. Czegoś co nie wymaga patrzenia do wzoru, liczenia oczek, wielkiej uwagi itd. Fajnie byłoby mieć też co zabierać na spotkania pozytywnie włóczkowo zakręconych. Zazwyczaj wtedy gadam jak obłąkana a oczy latają mi dookoła podziwiając przyniesione włóczki i robótki wychodzące spod zdolnych rąk siedzących obok dziewczyn. Co więc jest takie idealne? Proste. Małe. Bardzo kompaktowe. Skarpetki!
A jaki kolor szalony, wesoły i wróżkowo dziewczyński? Różowy!
Oto już mam czym się pochwalić, bo pierwsza skarpetka zeszła z drutów a druga jest już w połowie.
Dodatkowo postawiłam sobie wyżej poprzeczkę i skusiłam się na wyzwanie samej siebie na pojedynek. Postanowiłam nauczyć się dziergać na drutach pończoszniczych. A co tam. Wiele osób zaczyna właśnie od nich, ale ja byłam z mniejszości. Jako pierwsze w życiu wzięłam do ręki proste aluminiowe, na których zrobiłam jedną rzecz, a potem szalałam już tylko i wyłącznie na żyłkowych. Zmieniały się tylko marki, rozmiary i kolory. Nie powiem, na początku było słabo, bo ilość drutów nagle mi się podwoiła, a do tego jeszcze jeden bonusowy, którym przerabia się oczka. Tu coś klikało, tu wbijało się w rękę, albo zasłaniało na tyle, że nie dało się robić. Ale jedyna dziedzina, w której jeszcze się nie poddaje to właśnie sztrykowanie, więc dałam radę. I super!
Jestem z siebie dumna. Tym bardziej, że po kilkunastu rzędach miałam wrażenie jakbym robiła na takich od zawsze.Jedyny myk jaki stosuję to początek (kilka rządków) na magic loopie, bo jest zwyczajnie dużo wygodniej dziergać bez przekładania i cudowania przy 'Judy magic cast-on' (*metoda nabierania oczek na palce).
Na zdjęciu moja ulubiona część skarpetki - czyli kawałek łańcuszkowej pięty. Nie mogę się nigdy na to napatrzeć. Sama też jestem zdziwiona jak ta para mi pasuje. Dosłownie jak ulał. Lepiej być nie mogło i już tuptam niecierpliwie kiedy je skończę i będę mogła nosić.
A jako, że czuję, że z pończoszniczymi już sobie poradziłam i całkiem nieźle mi idzie, to czas na kolejne wyzwanie. Dwie skarpetki naraz! Nie mogę się doczekać.

ps. ogromnie dziękuję za tak duży odzew pod ostatnim postem. Wszystkie odpowiedzi były ciekawe i cieszę się ogromnie, że mogłam poznać jak to wygląda po waszej stronie. ^^

niedziela, 7 lutego 2016

Leprechaun - skrzacia czapka

Kiedy dziergałam plecioną chustę od początku towarzyszyło mi skojarzenie z lasem, mchem i pięknymi terenami Irlandii i Szkocji. Co prawda jeszcze tam nie byłam, ale to tym bardziej stwarzało chęć posiadania w domu kawałka takiej krainy... tylko dla siebie. Szczęście w nieszczęściu, że Mama zachwyciła się robótką w trakcie i postanowiłam podarować jej tę chustę na świąteczny prezent. Z racji dokupienia trzeciego motka miałam go na tyle dużo, aby wydziergać jeszcze czapkę. Przeszukując wiele stron nic nie zachwyciło Matuli na tyle, aby coś wybrała. Pozostało mi więc wymyślić coś własnego. Prostego, jak najbardziej skromnego, ale jednak z tym czymś chwytającym za oko i pasującego do chusty.
I tak powstała delikatna skrzatka z odpowiednią porcją plecionek i mini łańcuszkami - nazwałam ją Leprechaun (link teleportuje na stronę wzoru). Któż nie zna legendy o irlandzkich skrzatach, schowanych za rudą brodą, które czekają na końcu tęczy z garnuszkiem złota. Tak mi się kołatało z tyłu głowy w trakcie robótkowania, że tak musiało zostać i już.
No i pasuje idealnie! Do wzoru, warkocza, drugiej części kompletu i cudownie irlandzkiego koloru.
 
Z plecionkami łatwo przesadzić, postanowiłam więc umieścić ich tylko trochę, aby stanowiły jedynie dodatek. A żeby nie było im samym smutno wzbogaciłam je o łańcuszkowe towarzystwo. 
 
 Najbardziej w tej czapce uwielbiam to plecione zakończenie, które pięknie schodzi się tworząc coś na kształt karcianego pika.
I dla dowodu i zobrazowania całego kompletu prezentowego: prawda, że nieźle wyszło?
Wzór na czapkę został już spisany i przetestowany. Dostępny jest w języku angielskim, ale rozrysowane schematy pozwalają wydziergać go bez większych problemów. Mój prototyp mimo, że mnie zadowala, został w opisie jeszcze bardziej udoskonalony - wzór przy ściągaczu lepiej się układa.
Możecie wydziergać sobie taką skrzatkę w trzech rozmiarach. Ja swoją wykonałam z Malabrigo Arroyo w rozmiarze M. Najważniejsze, że Mama zadowolona i nosi moje dziergadła za każdym razem. ^^

I liczę, że tą pięknie mszystą zielenią przyciągnę już wiosnę... Ja szarugi mam dość. Potrzebuję kolorów!

Zaklinając pogodę pozdrawiam serdecznie i znikam po jakieś czary na przywołanie weny. Znowu się gdzieś przede mną ukryła.

wtorek, 26 stycznia 2016

Kitsune - lisi sweter

Kocham kolory. Najróżniejsze. Uwielbiam te wszelkie dziwne, nie do końca oczywiste, zamglone, rozmyte. Ale czasem potrzebuję czegoś mocniejszego. I do tej grupy zaliczam cudownie głębokie czerwienie, ciemne petrole i turkusy czy... lisi pomarańcz. Wszelkie jesienne żółcie i rudości, ah. Potem to wszystko przenosi się na włóczki. Zeszłej jesieni udało mi się zapolować na kolor soczystej dyni. Bardzo ładnie wpasowałam się więc z ówczesną robótką w porę roku. Następnie stało się tak, że przypomniałam sobie o swojej miłości do lisów i odtąd każde skojarzenie było w kierunku tych pięknych zwierzaków. Zaczął powstawać sweter.
Obowiązkowo musiały się pojawić warkocze, mini przeplatanki, a dla dopełnienia całości całkiem spora porcja teksturowa.
Wyszło cudownie! (uwaga sporo zdjęć- na stronie projektu jeszcze więcej...)
Przedstawiam Wam mój Kitsune pullover.
Nie chcę się chwalić, ale uwielbiam ten sweter. Ma wszystko co tak bardzo wielbię - jednolity kolor podkreślający faktury, sploty i wzory. Żywy sam w sobie, dzięki czemu robi się ciepło od samego patrzenia. Do tego sweter zaprojektowałam z odpowiednio dużym luzem, aby było jeszcze wygodniej i przytulniej, ale tak aby jednocześnie nic nie fruwało i nie podwiewało.
 
Długi ściągacz na dole, te krótsze na rękawach z bliźniaczym na dekolcie, który też jest idealny- wszak golfy czasami cisną za mocno, a na zimę najpotrzebniejsze są jak najmniejsze wycięcia.
Pełno tekstury na przodzie, ale aby nie przekombinować i utrzymać w równowadze cały projekt, pojawia się ona jeszcze tylko w kawałku na rękawach.
Prosty tył, ale z tym czymś, do pięknego kompletu z przodem.
  
 
Z włóczki mojej ulubionej w tej grubości - Peruvian od Filcolany. [ale o tym mogłabym pisać godzinami, chyba powinni mi zacząć płacić za reklamę, hihihi]
Zdjęcia w listopadzie miały być z założenia jesienne, ale zaczęło się już robić bardziej zimowo. Do tego okropnie wietrznie i ponuro. Brak odpowiedniego światła zrobił swoje i na nic rozwiany włos, skoro piksele rządzą. W końcu po kilku (nastu?) tygodniach wyszło słońce i nadszedł odpowiedni dzień. Powtórzyliśmy lisią sesję.
 
 
Jestem z mojego udziergu dumna i jest mi z tym dobrze. ;) W zasadzie to też z siebie, bo przecież to kolejny sweter, który wyszedł spod moich rąk. A łatwo nie było, szybko tym bardziej. Ale kiedy go ubieram, zapominam o wszelkich problemach przy dzierganiu. I tak ma być.
Gdybyście chcieli wydziergać podobny to zachęcam gorąco.
Wzór jest już dostępny w sklepiku na ravelry (z promocją na początek).

A pod tym guzikiem z czasem można będzie podglądać inne wersje wydziergane z tego wzoru.
 
Dziękuję moim wspaniałym testerkom, bo wszak bez nich chyba nie dałabym rady! ^^ I brawa dla wszystkich, którzy dotrwali do końca postu.

Pomału chyba będzie czas przestawiania się na cieńsze włóczki. Już nie mogę się doczekać.